Szpital Dono Manga w Czadzie

Światła zapalone w ciemności

Świadectwo złożone na łamach „Tracce” przez Alberto Reggioriego, lekarza, który przez 25 lat służył w najbardziej zranionych i odległych miejscach świata
Alberto Reggiori

W Varese, moim mieście, nie żyje się źle. Wręcz przeciwnie. Jednak gdy byłem chłopcem, spotkanie z żywą chrześcijańską przyjaźnią i świadectwo starszych przyjaciół, którzy wyjechali do Afryki i Ameryki Łacińskiej, pokazały mi, że można kochać tak bardzo, że ​​poświęca się czas i siły dla nieznajomych. Najbardziej zdumiewające było dla mnie patrzenie na ich szczęścia i zazdroszczenie im tego. I w ten sposób wybór studiów medycznych, nauka zawodu, zawarcie związku małżeńskiego i decyzja o wyjeździe do Ugandy z moją żoną Patrizią nastąpiły w ślad za tymi przyjaciółmi, pewnymi, że przyczyniają się do dobra świata.

To młodzieńcze marzenie, z Bożą pomocą, nadal się realizuje. Ponieważ największym przedsięwzięciem – tego się nauczyłem – nie jest podróżowanie po świecie, ale życie w chrześcijańskiej przyjaźni i komunii, karmiącymi moje życie.

Przez dziesięć lat mieszkaliśmy z rodziną w Ugandzie: troje z naszych siedmiorga dzieci urodziło się właśnie tam. Tam nauczyliśmy się, że każdy jest cenny, ponieważ tego, co masz ty, ja nie mam. Jeśli ty się wycofasz, przyjacielu, uwierz mi, to będzie strata dla wszystkich! Pieszczoty matki wobec dziecka czy też życie misjonarza wśród ludności mającej trudność ze zrozumieniem go, godzina darmowej pomocy udzielonej nieznajomemu, dobre słowo skierowane do kolegi posiadają ogromną, wznoszącą się aż do nieba wartość. Nic nie jest bezużyteczne, nawet szklanka wody podana najmniejszemu.

Do dalekich krajów nie wyjeżdża się z poczucia winy, ale z wielkiej wdzięczności. Aby współdzielić spotykane Piękno i Miłosierdzie. To właśnie mnie poruszyło. Dzięki fundacjom AVSI, Ambrosoli, RAVA czy kombonianom przez ostatnich 25 lat spędziłem niemal każdego roku kilka tygodni w najbardziej odległych i najbiedniejszych miejscach świata – od Haiti po Irak, od Sudanu Południowego po Czad (skąd teraz piszę), od Syrii po morze za Gazą na pokładzie szpitalnego statku Vulcano. Zasadniczo pracując jako chirurg. Zawsze odpowiadając na pozornie przypadkowe prośby.

Jeden z przyjaciół zganił mnie za romantyczną wizję zawodu lekarza, że jest bezużyteczna, liczy się tylko profesjonalizm. Ja natomiast jestem wdzięczny za to, że tak jest. W tych krajach spotyka się nie tylko problemy, które trzeba rozwiązać (co prawie nigdy nie kończy się sukcesem), ale także genialnych ludzi. Z Ugandy pamiętam Zamu, muzułmankę, którą zachwyciła nasza mała chrześcijańska wspólnota, i jej tak wielkie zaciekawienie, że ​​postanowiła poprosić o chrzest, ponieważ, jak mówiła: „Nigdy nie widziałam takiej przyjaźni i nie chcę jej stracić; jeśli trzeba zostać chrześcijanką, chcę tego”. Kiedy uczestniczyła w pierwszej w życiu mszy św., była wstrząśnięta spowiedzią powszechną. Zawsze bowiem myślała, że ​​ci, którzy proszą innych o przebaczenie, są słabi i przegrani. Tutaj natomiast odkryła, że ​​jest to znak lojalności i komunii. Po chrzcie przyjęła imię Weronika i założyła dom dla osieroconych dzieci swoich przyjaciółek, które zmarły na AIDS. Nie uchylała się, oddając siebie bez ograniczeń, a teraz dzieło to kontynuuje jej córka Juliet. Niespodziewany kwiat, a przez to jeszcze bardziej pachnący.

Również z Ugandy pamiętam brata Elio Croce (zob. „Tracce”, nr 2/2021), kombonianina, który zmarł na Covid, on, który nieustraszenie walczył z ebolą. Góral z Moeny (Trydent), zbudował szpitale, katedry, szkoły i założył sierociniec. Niesamowite, co może zbudować człowiek, gdy pozostawi w sobie przestrzeń Bogu. Można to było zrozumieć, patrząc, jak modli się w kościele o świcie, jak pomaga najbardziej potrzebującym lub po prostu spotykając się z jego szczerością. Kiedy w 2019 roku wróciłem na miesiąc do Ugandy, aby pracować jako lekarz, wziął Toyotę i przejechał ponad 300 kilometrów z Gulu, gdzie mieszkał, tylko po to, żeby spędzić razem ze mną kilka godzin.

Uganda. Alberto Reggiori w szpitalu Kitgum w 2000

Kończę innym światłem, które rozbłyskuje w ciemności (choć może przy tych wszystkich światłach ciemność nie jest aż tak gęsta): Teresa. Również jest Ugandyjką, nauczycielką w szkole średniej, o niezwykle żywej inteligencji, dyrektorką szkoły św. Franciszka w Hoima. W 1989 roku nasz syn Giacomo był już prawie w wieku szkolnym, a my postanowiliśmy wrócić do Włoch, ponieważ szkoły w tym rejonie były na bardzo złym poziomie: uczniowie, ponad sto osób w klasie, siedzieli na klepisku, nauczyciele mówili wyłącznie miejscowym dialektem, lekcje były odwoływane w przypadku deszczu. Wtedy jeden z rodziców w przedszkolu powiedział nam: „Jak możemy pozostawiać nasze dzieci w takich warunkach? Zasługują na więcej. Ich godność jako ludzi jest deptana. Dlaczego nie założymy razem szkoły?”.

Byliśmy pod wrażeniem dalekowzroczności tego Ugandyjczyka, który jednoznacznie osądził naszą decyzję o ucieczce, aby się ratować. Podjęliśmy wyzwanie i w ciągu kilku miesięcy powstała szkoła. Na początku mieliśmy dwie klasy po siedmiu uczniów, ulokowane w garażu, potem przenieśliśmy się do sklepu w centrum miasta, aż w końcu udało nam się – nadal nie wiem jak, bo nie było żadnego oficjalnego projektu, a jedynie hojność wielu darczyńców, którzy nas znali – zbudować szkołę, do której wkrótce uczęszczało 300 uczniów (w tym sześciu Włochów), z boiskiem do piłki nożnej i stołówką. Szkoła istnieje do dziś i jest zarządzana przez miejscową diecezję, niezmiennie zajmując czołowe miejsca w rankingach. Przepiękne lata, które nasze dzieci wspominają z wdzięcznością. Teresa była duszą tej szkoły, chciała wziąć udział w kursie dokształcającym z innymi nauczycielami (wszyscy byli Ugandyjczykami), czytając fragmenty Zmysłu religijnego Giussaniego. Zawsze powtarzała, że wychowanie bierze się ze spotkania, i stało się to mottem instytutu. Zawsze byłem pod wrażeniem pogodnej i dobrodusznej intensywności jej spojrzenia i postępowania. To był klasyczny przypadek kogoś, kto rozumiał lepiej ode mnie to, czego go uczyłem. I całe szczęście.

Z tamtych ugandyjskich lat nie mogę nie wspomnieć o ważnym zdarzeniu, jakim był zamach stanu w 1986 roku. Włoskie rodziny, które pracowały w ramach projektu AVSI w dwóch szpitalach w północnej Ugandzie, zostały zaskoczone wojną domową, a ambasada włoska natychmiast ewakuowała żony i dzieci. Po napiętym i dramatycznym spotkaniu między nami, sześciu z nas, mężów, podjęło decyzję o pozostaniu na ziemi niczyjej, bez możliwości ucieczki. Skąd taki osąd? Aby dotrzymać towarzystwa naszym ugandyjskim przyjaciołom, którzy zaangażowali się w chrześcijańską przyjaźń, aby nie pozostawiać szpitali bez lekarzy, ale przede wszystkim dlatego, że bliska i oparta na autorytecie komunia między nami (5 lekarzy i agronom, średnia wieku 29 lat) była wszystkim: domem, rodziną, bezpieczeństwem, lekarstwem na strach przed walkami toczącymi się w pobliżu naszych domów. Zaufanie i zawierzenie się przyjaźni, tak jak to było w przypadku apostołów i Jezusa, jest największą życiową szansą, która od tamtego czasu jest upragniona i konieczna.

A potem dziesiątki cennych spotkań z osobami, których imion nawet nie pamiętam, widzianymi może przez godzinę, a nawet kilka minut. Z zakonnicą mieszkającą od 40 lat w szpitalu w Aleppo, podtrzymywaną wdzięcznością, którą można wyrazić w powtarzanych przez nią słowach: „Darmo otrzymaliśmy, darmo dajemy”. Albo z albańską dziewczyną, która poprosiła o chrzest po spotkaniu z przyjaciółmi z Ruchu, lub z Włoszką, która w tureckim mieście Konya jest jedyną katoliczką i utrzymuje jedyny kościół otwarty dla turystów i opowiada nam o młodych ludziach zainteresowanych chrześcijańską wiarą.

Jest młoda włoska matka, wiolonczelistka, żona Arabowi, która buduje pokój, ucząc muzyki w Jerozolimie w orkiestrze składającej się z Żydów i Arabów, albo włoski żołnierz jeżdżący do Kataru, aby odwiedzić palestyńskie dziecko, któremu amputowano nogi na statku Vulcano, po prostu po to, aby je pozdrowić i zobaczyć, jak się czuje.

CZYTAJ TAKŻE: Podarowane spotkanie

A potem jest teraźniejszość. W tych dniach w Czadzie spotkałem hiszpańskiego kombonianina Alexandro, który wkrótce będzie obchodził pięćdziesiątą rocznicę pracy na misjach, szczęśliwego, że oddał wszystko i mógł żyć w warunkach, które każdy mógłby określić jako niemożliwe. Albo te uśmiechnięte kobiety, które wychowują swoje dzieci, jako matki rzucając wyzwanie życiu przypominającemu macochę. Świadome głębokiego piękna bytu. To tylko kilka spośród tysiąca świateł, które mężczyźni i kobiety, świadomi tego, że zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, podtrzymują zapalonymi, by umożliwić nam naszą drogę; którzy stawiają nam nieuniknione pytanie: co jest potrzebne, żeby żyć?