Targi w Rimini podczas Meetingu ©Archiwum Meetingu w Rimini

Amerykanin w Rimini: sześć dni między wiarą i kulturą

Debaty, papież, Ziemia Święta, otwartość na świat: dziennikarz zanurza się w nieoczekiwanym wydarzeniu. Tam odkrył, że „pierwszym dziełem jesteś ty” (z wrześniowych „Tracce”)
Christopher Caldwell*

*Felietonista w dziale „Opinie” dziennika „The New York Times

Tego lata, kiedy skończyłem 18 lat, miałem wypadek samochodowy w Rimini. Tak jak wielu w tamtych czasach rozpieszczonych amerykańskich studentów, podróżowałem autostopem po Europie. Mężczyzna, który podwiózł mnie, obiecując, że zawiezie mnie do Rawenny, wskazał na skalisty cypel w oddali, mówiąc, że to San Marino. Odwrócił wzrok od drogi i sekundę później z dużą prędkością uderzył w samochód jadący przed nami. Nikt nie odniósł obrażeń, ale samochody uległy uszkodzeniu. Podczas gdy obaj kierowcy żywo dyskutowali, ruszyłem wzdłuż drogi i złapałem kolejnego stopa. Kilkadziesiąt lat później, podczas pandemii Covidu, obejrzałem wraz z synem większość filmów Felliniego, w tym „Amarcord”. Cudowne! Zjadłem piadinę. Jeszcze lepiej! Jednak nic z tego nie dało mi jasnego wyobrażenia o tym, czego tym razem mogę się spodziewać po Rimini.

Miałem natomiast doświadczenie z „New York Encounter” – festiwalu otwartego dla publiczności, firmowanego przez ruch Comunione e Liberazione, który odbywa się każdej zimy na Dolnym Manhattanie w okolicach Walentynek. Łatwiejszy do osiągnięcia z Waszyngtonu, jest jakby miniaturą tego, co dzieje się w Rimini od 1980 roku. Moja żona uczestniczy w nim od dawna i zabrała mnie ze sobą na ostatnie edycje. To niezwykłe wydarzenie. Wiele aspektów sprawia, że jest ono ciekawsze niż zwykłe amerykańskie spotkanie.

Christopher Caldwell, dziennikarz, jest redaktorem magazynu kulturalnego „The Claremont Review of Books” oraz felietonistą w dziale „Opinie” dziennika „The New York Times”. Podczas Meetingu 2026 wziął udział w spotkaniu pod hasłem „Ameryka na próbie”.

Wyczuwalna jest tam silna obecność katolicka: w niedzielę rano można uczestniczyć we Mszy św., odprawianej przez arcybiskupa Nowego Yorku. Można tu spotkać dziesiątki wybitnych przedstawicieli świata kultury i ważnych osobistości życia społecznego, którzy wypowiadają się znacznie bardziej szczerze niż zazwyczaj. Jednym z powodów, dla których prelegenci czują się tak swobodnie, jest to, że serce konferencji (lub wydarzenia) nie bije na scenach i trybunach, ale w sali, w księgarni, przy stoisku z lodami czy w restauracji – tam, gdzie spotykają się uczestnicy. Wszystko to jest możliwe dzięki dziesiątkom pełnych energii wolontariuszy, z których wielu pochodzi z Włoch, i którzy nadają temu wydarzeniu charakter wspólnotowy (a w pewnym sensie także styl), co jest rzadkością na podobnych zgromadzeniach w Ameryce.
Trudno więc wyobrazić sobie zaproszenie, bardziej kuszące niż to, do wystąpienia na Meetingu w Rimini, które przypomina to w Nowym Jorku, ale jest znacznie większe. Spotkanie w Nowym Jorku trwa dwa lub trzy dni, a wydarzenie w Rimini – sześć.

Spotkanie w Nowym Jorku odbywa się w jednym budynku. Meeting w Rimini odbywa się na tak rozległych terenach targowych, że jeśli przyjedziesz samochodem do niewłaściwego wejścia, musisz iść piętnaście minut pieszo, aby dotrzeć do celu. „Księgarnia” w Nowym Jorku składa się w rzeczywistości tylko z kilku stołów, podczas gdy ta w Rimini to ogromna sala, zajmująca powierzchnię większą niż i tak już duży sklep Feltrinelli w centrum miasta. Rimini jest bogatsze w wydarzenia a uczestnicy są prawdopodobnie bardziej skoncentrowani na samej imprezie. W Nowym Jorku trudno byłoby winić młodą Włoszkę, która po raz pierwszy podróżuje do Stanów Zjednoczonych, gdyby zdecydowała się udać pieszo do Central Parku, oddalonego o zaledwie pół godziny drogi, lub do Empire State Building, do którego można dotrzeć w dziesięć minut. W Rimini natomiast przeciwnie, ruch uliczny i upał są nieubłagane, i znajduje się tam niewiele miejsc, które mogłyby przyciągnąć ciekawskich (choć wszyscy powinni postarać się zwiedzić przynajmniej Łuk Augusta i Most Tyberiusza). Dlatego panuje atmosfera ciągłego przebywania razem: wszyscy są razem przez cały dzień.

I wreszcie, z całym szacunkiem dla biskupa Nowego Jorku, w tegorocznej edycji wydarzenia wziął udział biskup Rzymu, który przybył w sobotę po południu, by spotkać się z entuzjastycznym tłumem liczącym dziesiątki tysięcy osób. „Drodzy przyjaciele, zawsze kochajcie Kościół!”, powiedział pod koniec przemówienia, w którym podkreślił, że „prawdy można doświadczyć jedynie w wolności”. To, co najbardziej zapadło nam w pamięć, to nie tylko oklaski i okrzyki „Papa Le-o-ne! … Papa Leo-ne!”, ale także pieśni. Te piękne pieśni, które wydawały się przyciągać tysiące ludzi, nie są znane Amerykaninowi, nawet temu, który uczęszcza do kościoła. Wydawały się nieznane nawet niektórym Włochom. Młoda kobieta, z którą byłem, wyjaśniła mi, że wiele z nich było autorstwa Claudio Chieffo. Młodzi śpiewali je podczas spotkań ruchu Comunione e Liberazione, w tym również podczas tego. „Znasz je?”, zapytałem ją. „O tak!”, uśmiechnęła się. „Tutaj czuję się jak w domu!”.

Wolontariuszka © Archiwum Meetingu w Rimini

W tę sobotę w Rimini mogłem po prostu patrzeć, słuchać i uczyć się. Moje wystąpienie – na temat losów Stanów Zjednoczonych – odbyło się poprzedniego wieczoru. Moderował je Marco Bardazzi, dziennikarz, który długo pracował w USA, a poprowadził je Michael Driessen, urodzony w Stanach Zjednoczonych, wykładający filozofię polityczną w Rzymie. Od wielu lat fascynuje mnie, a czasem wręcz obsesyjnie zajmuje, włoska polityka, z kilku powodów: po pierwsze dlatego, że Włosi są bardzo zręczni w polityce, choć nie zawsze w sposób, który przyczynia się do szczęścia wyborców. Po drugie, ponieważ spośród czterech głównych krajów europejskich Włochy są tym, które zachowały największą autonomię kulturową i polityczną względem Stanów Zjednoczonych. To sprawia, że w oczach Amerykanina są one bardziej egzotyczne i ciekawsze niż Anglia, Francja czy Niemcy.

Równie interesujące były debaty polityczne: ta, w której Mattia Ferraresi poprowadził dyskusję z udziałem Enrico Mentany i Bruno Vespy, na temat zmian we włoskiej polityce; oraz ta, w której Giovanni Orsina zmierzył się z Alessandro Aresu w kwestiach dotyczących kierunku, w jakim zmierza globalizacja. Kolejnym wydarzeniem budzącym ogromne zainteresowanie była debata na temat Bliskiego Wschodu, którą poprowadził Bernhard Scholz, a podczas której francuski islamolog, Olivier Roy, stanowczo stwierdził, że Amerykanie nie są już arbitrem w tym regionie, a mój rodak, Joseph Weiler (w nienagannym języku włoskim) opowiedział się za rozwiązaniem opartym na dwóch państwach.
Jednak Meeting w Rimini pokazuje ogólnie rzecz biorąc szerszą perspektywę dotyczącą tych tematów. Pierwszego dnia, podczas lunchu, spotkałem historyka religii Emanuele Colombo z Boston College oraz socjologa Brandona Vaidyanathana z Catholic University of America, rozmawiających o teologii piękna. Dzięki tej otwartości mogłem nawiązać kontakt z szeregiem kluczowych postaci życia Kościoła na Kubie, w Chile i w Wenezueli.

Jeśli ten tydzień miał dla mnie, jako widza, jakiś punkt kulminacyjny, to prawdopodobnie był to poniedziałek w południe, kiedy to franciszkanin, ojciec Francesco Ielpo, kustosz Ziemi Świętej, wygłosił przemówienie na temat „Kochać Ziemię Świętą”. Ojciec Ielpo zaprosił ojca Gabriela Romanelliego, proboszcza kościoła Świętej Rodziny w Gazie i ostatniego księdza, który pozostał w Strefie Gazy, do udziału w spotkaniu za pośrednictwem wideokonferencji i do opisania sytuacji na miejscu: siedemdziesięciu z jego parafian zabitych, drony wszędzie, brak wody pitnej. A jednak są tak optymistyczni, a nawet w dobrym nastroju: kiedy ojciec Romanelli zwrócił uwagę, że wiele dzieci z jego parafii mieszka w namiotach, dodał: „Słowo «namiot» jest zbyt romantyczne”.

Korytarz Wielkiej Auli, którym przechodził papież Leon XIV. © Archiwum Meetingu w Rimini

Obaj księża wykazali się wielką pokorą w obliczu konieczności, by – dla kogoś, kto angażuje się w taką misję – patrzeć na wszystko z właściwej perspektywy, rozróżniać, co może zrobić, a czego nie, oraz uznać, że „pierwszym dziełem jesteś ty sam”. Pierwszym dziełem jesteś ty.

CZYTAJ TAKŻE: Meeting. Socjolog i wolontariusze, którzy płacą, żeby pracować

Ostatniego dnia przed powrotem do Waszyngtonu wszedłem do księgarni Feltrinelli w Rimini i zobaczyłem, że ojciec Romanelli napisał autobiografię. Leżała na półce: Le rovine e la luce [Ruiny i światło] (Piemme, 2026). Przeczytałem kilka rozdziałów. Jeden z nich szczególnie mnie poruszył: opisuje w nim, bez cienia użalania się nad sobą, nowotwór, który dotknął go w 2020 roku i który (przynajmniej w momencie pisania książki) jest w remisji. „Nadal przekazuję ludziom wokół mnie to, czego nauczyła mnie ta osobista próba” – pisze. „Mówię to z całą szczerością: to dar. Cierpienie po raz kolejny obdarzyło mnie łaską bycia bardziej miłosiernym”. Zdałem sobie sprawę, że być może pewnego dnia sam będę potrzebował takiej mądrości. Poszedłem do kasy i kupiłem ją. A potem zabrałem ją ze sobą do mojego miasta pełnego ludzi, którzy czują się powołani do rządzenia światem, jako pamiątkę tygodnia spędzonego wśród ludzi, którzy czują się powołani do jego odkupienia.