Sprzątanie na stoisku gastronomicznym podczas Meetingu. W Meetingu 2026 wzięło udział 3 300 wolontariuszy, którzy sami pokryli koszty podróży, wyżywienia i zakwaterowania. © Archiwum Meetingu w Rimini

Meeting. Socjolog i wolontariusze, którzy płacą, żeby pracować

Co roku wracają, by wykonywać męczące zadania, pokrywając koszty z własnej kieszeni. „To gest, którego moje modele naukowe nie potrafią uzasadnić” (z wrześniowych „Tracce”)
Alessandro Vergni

„Jako socjolog mogę wyjaśnić Meeting na wiele sposobów, ale wszystko traci sens w chwili, gdy natrafiam na twarze wolontariuszy”. Pod koniec dnia poświęconego Meetingowi, którego kulminacyjnym punktem była wizyta Leona XIV, spotkałem się z kilkoma przyjaciółmi na kolacji i przy stole znalazłem się obok Salvatore Abbruzzese, emerytowanego socjologa i profesora Uniwersytetu w Trento. To zdanie rozbudziło we mnie – wolontariuszu od czasów studiów – potrzebę wyjaśnienia dwóch zagrożeń, które czuję jako czające się za każdym razem, gdy myślę o Meetingu: postrzegania tego, co dzieje się w tym tygodniu, jako w sumie normalnego, oraz równie podstępnej pokusy, by pochopnie zaklasyfikować tę sprawę jako cud. Rozmowa z Abbruzzese’em była kontynuowana kilka dni później.

Co ma Pan na myśli, twierdząc, że widok wolontariuszy „przełamuje schemat”?
Zacznę od wstępu: moje podejście do badania zjawisk ma charakter indywidualistyczno-racjonalny, co oznacza, że zakładam, iż podmiot działania zawsze ma swoje powody. Nawet gdy są one niezrozumiałe lub obciążone uprzedzeniami, zawsze zakładam, że podmiot jest świadomy, że nigdy nie działa instynktownie, zwłaszcza w przypadku działań złożonych, wielowarstwowych, wymagających planowania i zaangażowania. W przypadku osób, które zgłaszają się jako wolontariusze na Meeting, skłaniam się ku stwierdzeniu, że jednym z głównych powodów uzasadniających taki wybór jest pewność spotkania innych młodych ludzi w tym samym wieku, co już samo w sobie jest ogromną wartością dodaną dla tej grupy wiekowej.

Czy to wystarczy, by uzasadnić ten entuzjastyczny udział?
Tu zaczyna się prawdziwy problem. Fakt, że są zadowoleni, choć może okazać się interesujący z socjologicznego punktu widzenia, nadal nie wyjaśnia w wystarczającym stopniu tego zjawiska. Można by zatem przypuszczać, że to, co ich przyciąga, to korzyść. Jednak i tutaj należy zgłębić sprawę, bo o jakiej korzyści mowa? Ci młodzi ludzie nie tylko pracują za darmo, ale nawet za to płacą: z własnej kieszeni pokrywają koszty podróży, zakwaterowania i wyżywienia. Jest to forma pełnego wolontariatu, a zaangażowanie jest całkowite. W wieku 17–18 lat sam miałem okazję zdobywać doświadczenie w wolontariacie, uczestnicząc w obozach pracy, ale wtedy mieliśmy opłacone wyżywienie i zakwaterowanie; aspekt spotkania z rówieśnikami nieuchronnie przeważał nad resztą. Młodzież z Meetingu podejmuje natomiast heroiczne wysiłki, których inni prawdopodobnie nie podjęliby nawet za wynagrodzeniem. Co więcej, płacą za to z własnej kieszeni. Nie da się tego od razu pojąć. W świecie pracy za wynagrodzenie nie ma miejsca na zapał, lojalność ani entuzjazm. Są to cechy dodatkowe, których nie da się wycenić w pieniądzu.

Socjolog. Salvatore Abbruzzese, 72 lata, jest emerytowanym profesorem socjologii procesów kulturowych i komunikacyjnych na Uniwersytecie w Trento, gdzie zajmował się również badaniem religii we współczesności

Co mieliby z tego młodzi ludzie, którzy spędzają całe dnie na słońcu na parkingach, w kuchniach lokali gastronomicznych, zajmując się sprzątaniem lub innymi usługami?
Istnieje pewna wartość dodana, która może wynikać wyłącznie z osobistej woli i której nie da się wycenić. W trakcie mojej kariery zawodowej często spotykałem zespoły osób świadczących usługi pomocnicze podczas konferencji, sekretarki i współpracowników – ilu by ich nie było – ale w Rimini panuje dodatkowy wymiar człowieczeństwa, którego nie da się pojąć. I tu dochodzimy do sedna sprawy: aby spróbować ich zrozumieć, muszę wejść do dziwnego pokoju – pokoju bezinteresowności. To właśnie tutaj dla socjologa sprawa staje się trudniejsza.

A co, jeśli zabawa zaczyna się psuć?
Przyjeżdżają tam pierwszego roku, potem wracają w następnym, a potem jeszcze w kolejnym: nie dają za wygraną. Dla kogoś, kto wykonuje mój zawód, gra polegająca na zrozumieniu motywów zaczyna być interesująca, ponieważ w tej dziedzinie rachunek czystej racjonalności, którą można przeliczyć na pieniądze, już się nie zgadza; teoria racjonalnego wyboru, o której mówiłem na początku, nie ma już sensu.
Jaki jest ten sekretny składnik, który wyjaśnia tę potrzebę powtarzania?
Próbowałem wysunąć kilka hipotez: może to prestiż w społeczności, do której się należy? Ale bycie wolontariuszem na Meetingu nie jest odznaczeniem za zasługi. To piękne doświadczenie, którym dzieli się z innymi, ale nie ma żadnej dodatkowej nagrody, jeśli ograniczymy się do samej roli wolontariusza. Wydaje mi się, że to, co pozostaje, czyli prawdziwa korzyść, rodzi się w wymiarze relacyjnym, czyli w doświadczeniu relacji i we wzbogaceniu wspólnego zaangażowania. Jeśli spędzasz całe sierpniowe popołudnie na parkingu, pracując bezpłatnie wraz ze swoimi przyjaciółmi, to jasne jest, że robisz to, ponieważ wiesz, że ci ludzie kierują się tym samym zapałem do bezinteresownej pracy i wiesz zatem, że możesz liczyć na przestrzeń wspólnoty, która istnieje a priori.

O jakim rodzaju dzieleniu się mowa? Czy nie tak właśnie wygląda to również na innych festiwalach? Mam na myśli liczne letnie wydarzenia kulturalne lub te o charakterze politycznym.
Jeśli ten młody człowiek tam jest, to dlatego, że w jakiś sposób podzielił się z innymi pewnym pytaniem i właśnie to stanowi element, którego brakuje w innych sektorach. W innych dziedzinach można by do tego dojść, być może, ale z dużo większym trudem. Relacja jest tym prawdziwym elementem, który je wzbogaca. Na Meetingu stawka dotyczy wyłącznie tego poziomu, który jest właśnie poziomem spotkania jako wartości. I to przejście ze sfery politycznej do sfery religijnej pozwala na to. Wkraczamy zatem w kontekst, który jest jednocześnie niezwykle delikatny i skomplikowany. Mówię to jako osoba, która choć przez krótki czas, ale jednak przebywała w środowiskach ruchów społecznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wymiar wspólnego realizowania projektu politycznego był (i jest) znacznie mniejszy niż wymiar pytania religijnego. W pierwszym przypadku chodzi o projekt, który należy wspólnie realizować, w drugim przypadku pamięć o punkcie odniesienia, jedyna pamięć, która ma znaczenie: pamięć o Wcieleniu. Nie mam wyraźniejszych słów, by zdefiniować to egzystencjalne pytanie, które pokrywa się z nagłym zerwaniem zasłony.

A kiedy ta zasłona się rozdziera, co widać?
Moją potrzebę sensu. Rozszerzając tę koncepcję: potrzeba spotkania wynika z domyślnego uznania pewnego braku, a to pokrywa się z aktem wielkiej otwartości, ponieważ kiedy w wieku dwudziestu lat konfrontujemy się i dzielimy doświadczeniem, które wywodzi się z takiego pytania, oznacza to, że jest coś, co nas nurtuje. Ciągle się poszukuje, a to zakłada akt zaufania, niesamowitą dynamikę relacji między spotykającymi się ludźmi, którzy są w pełni świadomi – nawet jeśli nie mówią tego wprost – że znajdują się w wymiarze poszukiwania. Wszystko to w wymiarze politycznym jest zasadniczo wypierane. Idea, że wyzwolenie przechodzi przez wspólnotę, była wyśmiewana i wydawała się śmieszna moim towarzyszom walki z początku lat siedemdziesiątych. W naszych „formacjach politycznych” był odpowiedzialny za ideologię, ekspert, ten najmądrzejszy i najbardziej wykształcony, który rozumiał najwięcej.
Zupełnie inaczej wygląda dynamika poszukiwania sensu – stanowiąca istotny element wymiaru religijnego. Tutaj każdy dostrzega własne trudności, nikt nie postrzega drugiego jako tego, który „wyznacza kierunek” czy interpretuje jako osoba bardziej wykształcona, ponieważ liczy się doświadczenie; ludzie mają wartość dzięki doświadczeniu, które noszą w sobie – doświadczeniu składającym się często nie tylko ze zwycięstw, ale także z porażek. Nie ma to więc nic wspólnego z polityką: dynamika spotkania podczas Meetingu jest o wiele ważniejsza i z pewnością nie znajduje się na marginesie pracy wolontariatu, lecz stanowi jej sedno.

Czy wystarczy samo pytanie, a może pojawia się już początek odpowiedzi?
Żadna z osób zaangażowanych w wolontariat nie jest na tyle nierozsądna, by przyjechać w jednym roku, a potem wrócić ponownie, gdyby nie dostrzegła choćby cienia odpowiedzi. Początek odpowiedzi tkwi przede wszystkim w uznaniu, w legitymizacji własnego statusu osoby poszukującej. Jest się akceptowanym nie dlatego, że potrafi się opowiadać dowcipy lub dobrze tańczyć, ale przede wszystkim dlatego, że odczuwa się głód sensu. Człowiek czuje się uznany za osobę poszukującą, której – w odpowiedzi na to, co postrzega jako ograniczenie, pod pewnymi względami jako pęknięcie, które być może pozostaje szczeliną – mówi się: nie tylko jest to absolutnie logiczne, ale jest to jedyne uczciwe stanowisko, jakie może zająć istota ludzka. Gdzie można znaleźć takie miejsce? Teoretycznie powinno to mieć miejsce w każdej grupie, ośmieliłbym się powiedzieć, w każdej wspólnocie, w każdym bractwie.

Podczas Meetingu dorośli i młodzież pracują razem, troszcząc się o siebie nawzajem. Jak powstaje taka społeczna pracownia?
Dorosły, który przyjeżdża na Meeting jako wolontariusz, jest świadkiem pewnej historii. Nie jest przypadkiem, że w ruchu Komunia i Wyzwolenie nieustannie powraca się do niektórych fragmentów pism księdza Giussaniego. Ten, kto jest trzydzieści lat przede mną, nie jest Marsjaninem, ale tym, który przez cały ten czas współdzielił tę samą historię, przechodząc przez różne okresy i etapy, i dlatego może stać przede mną. Nie ma przepaści między pokoleniami; można mieć różne wzorce i style wyrażania się, ale chodzi o to, że ta osoba dzieli ze mną tę samą nadzieję. Natychmiast nawiązuje się dialog.

CZYTAJ TAKŻE: Święty Franciszek. Prawdziwym ubogim jest ten, kto kocha

Po 44 latach papież ponownie objął uczestników Meetingu. Można by pomyśleć, że koło się zamknęło. A jednak ksiądz Giussani pragnie, byśmy nie spoczęli na laurach…
Nie, koło się nie zamknęło, kwestia pozostaje otwarta. Nadal potrzebny jest niepokój, ponieważ wszystko, co udaje nam się zbudować, nigdy nie może nam wystarczyć. Musimy zawsze dostrzegać, gdzie można coś poprawić, czego brakuje, a to choćby dlatego, że tematy, które dziś przed nami stoją, są zupełnie nowe w porównaniu z przeszłością. Trzeba zrozumieć, gdzie pozostają pytania ukryte w cieniu. Ileż nowych obszarów trudności odkrywamy każdego dnia! Dlatego nie zatrzymywanie się w spokoju, ale bycie zawsze w drodze jest czymś pozytywnym: to ciągłe zaczynanie od nowa.