Ojciec Lepori podczas wizyty na wystawie, po którą oprowadza młodzież z GS (©New York Encounter)

„Drogi Księże Giussani…”. Nić sięgająca dwóch tysięcy lat wstecz

W New York Encounter – wystawa poświęcona książce księdza Luigiego Giussaniego Czas i świątynia oraz listom Młodzieży Szkolnej (GS)
Valentina Frigerio

Drogi Księże Giussani, nigdy się nie spotkaliśmy, ale chciałem Księdzu powiedzieć, że uważam Księdza za ojca”. „Drogi Księże Gius, chcę Księdzu po prostu podziękować. Dziękuję za wprowadzenie mnie do tej wspólnoty, pełnej prawdziwych przyjaciół”. „Drogi Księże Giussani, piszę do Księdza, zwracając się słowem »drogi«, mimo że nigdy Księdza nie spotkałem”.

Dziesiątki listów, połączonych ze sobą nicią, wisi na ścianie ostatniej sali wystawy „Cry Out to Him Who Is Now” [Przyzywaj Tego, który jest tu i teraz – przyp. red.], poświęconej książce księdza Luigiego Giussaniego Czas i świątynia, której wydanie w wersji angielskiej zostało zaprezentowane podczas New York Encounter – trzydniowego wydarzenia kulturalnego odbywającego się co roku w Wielkim Jabłku. Napisali je młodzi ludzie z GS z Atchison w stanie Kansas – ci sami, którzy opowiadają zwiedzającym o wystawie. Każdy, kto tu przechodzi, jest zaproszony do pozostawienia własnego listu.

Spośród nich wyróżnia się jedno zdanie: „Dwa tysiące lat spłonęło w tym liście”. Słowa te wypowiedział ksiądz Giussani po publicznym odczytaniu, podczas rekolekcji dla studentów CL w Rimini w 1994 roku, listu od Andrei, chłopca chorego na AIDS. Zaczynał się on tak: „Drogi Księże Giussani, piszę do Księdza, nazywając «drogim», choć Księdza nie znam, nigdy Pana nie widziałem ani nie słyszałem, jak Ksiądz mówi”. Ten początek zapadł w pamięć wielu osobom. Andrea – który zmarł dwa dni po napisaniu listu – dziękował księdzu Giussaniemu, choć go nie znał, za to, że dzięki przyjacielowi Zibie pozwolił mu spotkać Chrystusa.

Obok listów na ekranie telewizora wyświetlany jest wideo „Uznać Chrystusa”, w którym ksiądz Giussani czyta ten list. Po założeniu słuchawek znikają odgłosy z imprezy New York Encounter. Ma się wrażenie, jakby się było w Rimini w 1994 roku, a czas się zatrzymał.

„Pomysł na tę ostatnią salę wystawy zrodził się w wyniku pracy w ramach Szkoły Wspólnoty, którą w tym roku przeprowadziliśmy z młodzieżą z GS na temat tekstu księdza Giussaniego pt. «Uznać Chrystusa»”, opowiada Aaron Riches, nauczyciel religii i odpowiedzialny za GS w Atchison. „Poprosiliśmy ich, aby napisali listy skierowane do księdza Giussaniego, a oni zrobili to, opowiadając coś o sobie, zazwyczaj w oparciu o proste wydarzenie. We wszystkich listach widać świadomość historii, która rozpoczęła się dwa tysiące lat temu od Jana i Andrzeja, przechodziła przez osoby, które spotkali, aż do matki księdza Giussaniego, a następnie od niego do nich. Wystawa jest jak źródło małej rzeki, która w końcu staje się ogromnym wodospadem. Jest też sercem, ponieważ opowiada o metodzie, która rodzi się z obecności Chrystusa”.



I tak właśnie w Nowym Jorku, w tej sali, można czuć się jak w domu. To świątynia. „Czas i świątynia” to wystawa będąca radykalnym wyrazem chrześcijaństwa: że Bóg zamieszkał w łonie Dziewicy i że z tego powodu ten wielki strumień – wierni, wspólnota Kościoła – jest Jego domem” – wyjaśnia Sofia, kuratorka wystawy wraz z Irene, Aaronem i Chie. „Chrystus nadal ma dom, a zatem sam go tworzy, abyśmy i my mogli mieć nowe życie”.

Słowo „dom” często powraca w wywieszonych listach. Czasami jako brak, czasami jako ponowne odkrycie. „Mój dom jest wszystkim, tylko nie jest normalny” – tak zaczyna się ręcznie napisany list. Opowiada o agresywnym rodzicu – o czymś, o czym autor twierdzi, że nigdy nie udało mu się z nikim podzielić, a co sprawiało, że „pękał” w środku. Aż do spotkania z GS, początkowo tylko kolejnym przedmiotem do zaliczenia. Potem jednak odkrył, że chodziło o coś zupełnie innego: o przyjaźń, „bez której nie może się już obejść”, gdzie po raz pierwszy opowiedział o swojej matce i gdzie widział, jak rozwija się jego przyjaźń z Chrystusem.

„W zeszłym roku przeprowadziłem się z Houston do Kansas i byłem bardzo smutny, bo myślałem, że dom to właśnie to fizyczne miejsce, które opuściłem” – opowiada szesnastoletni Grant. Po przybyciu do Atchison zaczął uczęszczać do lokalnej szkoły typu co-op – to rodzaj rozszerzonej edukacji domowej, w której wiele rodzin aktywnie angażuje się w życie placówki, w tym w nauczanie. To właśnie tam Aaron wprowadził GS jako przedmiot fakultatywny, realizowany w czwartkowe popołudnia. Zapisało się na niego 25 uczniów: to spora grupa jak na miasto liczące dziesięć tysięcy mieszkańców. „Dzięki przyjaźni w ramach GS odkryłem, że prawdziwym domem nie jest Houston, ale Chrystus, którego doświadczam jako Ciało w Kościele i we wspólnocie” – mówi Grant.



To właśnie ci sami młodzi ludzie, którzy po kilku miesiącach spędzonych w GS zebrali 12 tysięcy dolarów, polecieli samolotem do Nowego Jorku i zaprezentowali wystawę poświęconą książce Giussaniego odwiedzającym wydarzenie, o którego istnieniu jeszcze kilka miesięcy wcześniej nawet nie mieli pojęcia. Weszli również na scenę, by porozmawiać z ojcem Mauro Lepori, opatem generalnym zakonu cystersów, na temat niektórych kwestii poruszonych w książce, które uznali za istotne dla swojego życia. „Co mam zrobić, gdy w codziennym życiu zapominam o Chrystusie?”, „Co moje powołanie ma wspólnego z zadaniami domowymi, w których wydaje mi się, że Bóg nie ma żadnego udziału?”, „Jak mam zrozumieć, jakie jest moje powołanie, skoro czasami pociąga mnie życie monastyczne, a czasami moja koleżanka z ławki?”. Ojciec Lepori odpowiada z coraz większą głębią i wzruszającą ojcowską troską.

Ci młodzi ludzie, ze względu na sposób, w jaki trzymają się razem, nie pozostają niezauważeni. Nawet w samolocie. „Kim jesteście? Dokąd lecicie?” – zapytał ich Carl, steward na trasie z Kansas do Nowego Jorku, zdziwiony, że nigdy nie spędził tak przyjemnej podróży z tak liczną grupą nastolatków. „Jedziemy na New York Encounter. Przyjdź na nasze spotkanie!” – odpowiedzieli mu. I on się pojawił: w pierwszym rzędzie, niespodziewanie i z uśmiechem, wzbudzając entuzjazm młodzieży i całego Pavillonu, który oklaskami zaprosił go na scenę, by zrobić sobie zdjęcie razem z ojcem Lepori i uczniami z Atchison, jakby był jednym z nich.