(©Unsplash/Inbal Malca)

Mędrcy. Niespokojni w poszukiwaniu Króla

Autor książki La profezia della luce („Proroctwo światła”) opowiada o tym, co go uderza i zastanawia w trzech mężczyznach, którzy mając nikłe wskazówki, przemierzyli pustynię, by spotkać Jezusa
Emmanuel Exitu*

*Scenarzysta i reżyser

Kiedy byłem dzieckiem i czytałem Ewangelię, od razu czułem się jak przyjaciel Jezusa i chciałem Go bronić przed złymi. Oglądając film Zefirellego w każdy Wielki Tydzień, gdy pojawiała się scena Piłata pytającego: „Kogo chcecie uwolnić, Jezusa czy Barabasza?”, zamykałem oczy i, koncentrując się jeszcze bardziej, próbowałem siłą umysłu zmusić tłum w telewizorze do krzyknięcia: „Jezusa” zamiast „Barabasza”, by ocalić Go od krzyża. Niestety, nigdy nie udało mi się zmienić scenariusza. A wtedy Jezus umierał straszną śmiercią, po części z mojej winy, Jego przyjaciela, równie bezużytecznego jak wszyscy inni przyjaciele, który nie potrafił zmienić biegu spraw toczących się na Jego niekorzyść.

Z biegiem lat nie jest już tak łatwo czuć się przyjacielem.

Czas ujawnił zło, które rodzi się w moim sercu, zranionym u początków, i uderza w moją pierś z przerażającym dźwiękiem pękniętego dzwonu. Dlatego dziś, czytając Ewangelię, łatwiej jest mi poczuć się jednym z wrogów Jezusa, wejść w skórę niegodziwców. Z biegiem lat łatwiej ich zrozumieć, łatwiej jest mi odnaleźć się w ich nędznych myślach, ich absurdalnych kalkulacjach, ich obrzydliwie burżuazyjnych pretensjach, ich pozach istot wyższych, które nie są moralistyczne ani formalistyczne – oczywiście, że nie, są wolne, bo wiedzą wszystko. Jednym z wrogów Jezusa jestem ja, to ja krzyczę „Barabasza” w odpowiedzi na pytanie Piłata. Jezus jest zbyt niewygodny, zbyt przesadny w dobroci i miłości, zbyt istniejący, zbyt we wszystkim. Za kogo ten tu się uważa? Czego ode mnie chce?

I wtedy zdarzyło się, że „zgorzkniałemu od tych myśli” pewnego pięknego dnia – pięknego dnia, który jest teraz, w tej właśnie chwili, kiedy to czytasz – wyszedł mi na spotkanie i od tamtej pory nie przestaje pozwalać się spotykać. Wyszedł mi na spotkanie, ale bardziej trafnie byłoby powiedzieć, że wpadłem na Niego, bo nie widziałem, że nadchodzi. Prawda jest taka, że ​​nigdy Go nie widzę, gdy przychodzi; zawsze jestem zajęty nie wiadomo czym, a za każdym razem, gdy na Niego wpadam, On staje dokładnie tam, gdzie jestem, podczas gdy ja myślę o czymś zupełnie innym. Pozwala mi na siebie wpaść, żeby mnie zaskoczyć i przynieść mi prezent. A Jego prezentem jest On sam, dający mi siebie i cały świat. Nigdy nie prosił mnie o niemożliwe do wykonania zadanie pójścia tam, gdzie On jest, wiedząc, jaki jestem, czyli zły, wiedząc, że jestem Jego wrogiem, bo jestem swoim własnym wrogiem. Podchodzi do mnie i patrzy na mnie, jakbym był czymś pięknym, i prosi, żebym za Nim poszedł. Wie, że nigdy nie będę w stanie wspiąć się do Niego, więc schodzi do mnie.

I ciągle to robi, nieustannie wychodzi mi na spotkanie i pozwala znaleźć się dokładnie tam, gdzie przechodzę, podczas gdy ja jestem zaprzątnięty nie wiadomo czym, i ciągle na Niego wpadam. I już w samym środku tego zderzenia moje serce zaczyna wyśpiewywać na cały głos, rozbrzmiewając jak najwspanialsze dzwony w Emilii-Romanii. I tak podążam za Nim, a po jakimś czasie, nie wiem jak, gubię się po drodze i już za Nim nie idę. Zgubiłem drogę i zgubiłem siebie. A wtedy On wraca, nieustannie zawraca, żeby mnie znowu zabrać ze sobą.

Z tego powodu zawsze zachwycają mnie ci, którzy Go szukają, przepełnieni w sercu pragnieniem, które nigdy nie zapomina (wł. ri-cordare – ‘pamiętać’ oznacza ‘powrót do serca’, niegdyś uważanego za siedzibę pamięci, powrót do tego, co poruszyło nasze serce). Poruszają mnie ci, którzy Go szukają, kierując się kilkoma wskazówkami, poruszają coś we mnie.

Trzej Królowie są wśród nich. Jako dziecko nigdy do końca nie rozumiałem, dlaczego nie można od razu umieścić ich w szopce, dlaczego co roku przybywali z opóźnieniem i nie rozumiałem fundamentalnej kwestii, na którą nikt nigdy mi nie odpowiedział: ale skąd oni to wiedzieli? W wielu biblijnych epizodach tym, którzy nie wiedzą, wieści przekazuje anioł, jak na przykład Józefowi (anioł zapewnia go w sprawie dziecka, które nosi pod sercem jego dziewczyna, lub każe mu uciekać do Egiptu) lub samym Mędrcom po tym, jak Go znaleźli (każe im wrócić, skąd przybyli, inną drogą). Albo pasterzom, gdy tylko Maryja urodziła Jezusa. Nawet pasterze, którzy byli bardzo blisko groty i mogli słyszeć hałasy, mieli swojego anioła, a dlaczego Mędrcy nie mieli? Jeśli ktokolwiek potrzebował anioła, to właśnie oni, którzy byli bardzo daleko, a nie pasterze, czyż nie? Tymczasem nie, Ewangelia Mateusza nie mówi, że o wszystkim poinformował ich anioł (nie mówi nawet, że było ich trzech, ani że gwiazda jest kometą). Mówi jedynie, że zobaczyli znak na niebie, „Jego gwiazdę”. I na chwiejnej fali proroctw, dość niejasnych i chaotycznych, niczym kapłani Zaratustry i znawcy niebios, wyruszyli.

Nie wiem, czy wyruszyłbym, opierając się na tych niewielu wskazaniach. Wyrusza ten, kto jest niespokojny, wyrusza ten, kto na coś czeka, wyrusza ten, kto chce znaleźć coś istotnego. Byli ludźmi poszukującymi Go. A my często tacy nie jesteśmy.

Piękno wielowymiarowej wyobraźni Boga – zawsze bardzo ironicznej i z wprawiającymi w dobry humor zwrotami akcji, oczywiście tych, którzy chcą się dobrze bawić – polega na tym, że kiedy jesteś przygnębiony, nie potrafisz się modlić, nie potrafisz patrzeć, nie masz na nic ochoty, On pozwala ci spotkać kogoś, kto ma wszystko to, czego ty nie masz, i cię zaraża. Usłyszałem to w Rzymie z ust wietnamskiego kardynała Van Thuana. Po latach izolacji w komunistycznym więzieniu był tak załamany, przygnębiony i na skraju utraty zmysłów, że ​​nie miał już nawet siły psychicznej, by odmawiać modlitwę Ojcze nasz. Pewnego pięknego poranka zmieniła się straż, a nowy strażnik rozpoczął swój dzień od prysznica. Leżąc na podłodze, Van Thuan usłyszał najpierw szum wody, a potem dźwięki jakiejś pieśni. Otworzył oczy, uniósł głowę i wsłuchał się uważniej. Usiadł, by się upewnić, że to nie halucynacje. Potem poddał się oczywistości: strażnik pod prysznicem śpiewał Ojcze nasz po łacinie, ponieważ ukończył szkołę jezuicką. Od tego dnia tak było każdego ranka: prysznic i Modlitwa Pańska śpiewana po łacinie. A tego wieczoru w Rzymie Van Thuan z uśmiechem, bardzo rzadko spotykanym – z uśmiechem w oczach i w każdej komórce jego ciała, z uśmiechem, który uczynił mnie szczęśliwym na zawsze i który sprawił, że pomyślałem, że Bóg zapewne uśmiecha się w podobny sposób – tego wieczoru w Rzymie Van Thuan powiedział: kiedy biskup nie daje rady już się modlić, Bóg zsyła mu strażnika, aby odmówił przynajmniej Ojcze nasz.

Wyrusza ten, kto jest niespokojny, wyrusza ten, kto na coś czeka, wyrusza ten, kto chce znaleźć coś istotnego

Mędrcy są jedną z Bożych fantazji. Ludźmi, którzy zarażają cię niepokojem, poszukiwaniem, oczekiwaniem, pragnieniem spotkania Króla, który przynosi światu światło, pragnieniem bycia zdobytym, pragnieniem nie tylko poznania ostatecznej prawdy o świecie i historii, ale dotknięcia jej i życia nią.

Mędrcy są jedną z wielu Bożych zaraz, zarażającą tym samym niepokojem, jaki Bóg wszczepił w każde serce, które stworzył – nawet moje, nawet twoje. Nie trzeba być koniecznie dobrymi, aby Go przyjąć; nie przyszedł ze względu na dobrych, dzięki Bogu; On przyszedł do niegodziwych, obłudników i nędzników; On przyszedł do mnie piszącego i do ciebie, który czytasz.

CZYTAJ TAKŻE: Hymny nowych pasterzy

I nawet jeśli jesteś wśród wrogów, wśród złych, jedno wystarczy, jedno możemy zrobić wszyscy, mali czy duzi, dobrzy czy źli: otworzyć ramiona, choćby trochę, zacząć podążać za tymi, którzy Go szukają, nawet małymi i niepewnymi krokami, aby zacząć podążać za tymi, którzy nas szukali.

Zawsze możemy zacząć podążać za, podążać za tymi, którzy Go szukają.

A potem On, w czasie i w sposób, jaki chce – tu i teraz, gdy czytasz – objawia się nam, aby uczynić nas swoimi. I wtedy stajemy się przepiękni, ponieważ w końcu możemy robić to, do czego zostaliśmy stworzeni od początku czasu i przestrzeni: śpiewać i wędrować, nawet ci, którzy nie są w stanie lub nie mogą w tej chwili.