
Ten uśmiech, który podbił świat
Historia siostry Cecilii Marii, argentyńskiej karmelitanki, która zmarła w 2016 roku w wieku 42 lat i której proces kanonizacyjny trwa. Oraz zdjęcie, zrobione na chwilę przed śmiercią, które dziesięć lat później wciąż skłania do zastanowieniaSą zdjęcia, które opowiadają historię jakiegoś wydarzenia. Są też inne, które wciąż rodzą pytania. To, które widzicie powyżej, należy do obu kategorii i wyjaśnia, dlaczego dziesięć lat później nadal krąży viralowo w sieci. Zdjęcie przedstawia młodą argentyńską karmelitankę, siostrę Cecilię Marię, leżącą na szpitalnym łóżku. Jej twarz jest naznaczona chorobą, spowodowaną guzem u nasady języka, który doprowadził ją do śmierci chwilę po zrobieniu zdjęcia, w wieku niespełna 43 lat. Mimo to uśmiecha się. To nie jest sztuczny uśmiech ani przejaw odwagi. Jest to rozbrajający uśmiech kogoś, kto zdaje się już zamieszkiwać w innym miejscu niż to, które wszyscy widzą.
Zdjęcie pochodzi z 23 czerwca 2016 roku i już kilkakrotnie obiegło świat wszerz i wzdłuż. Tysiące, a potem miliony osób udostępniły je w mediach społecznościowych, do tego stopnia, że siostra Cecilia Maria od Świętego Oblicza stała się, niemal wbrew swojej woli, „zakonnicą od uśmiechu”. Dziś, gdy Kościół rozpoczął jej proces kanonizacyjny, zdjęcie to wciąż skłania do zastanowienia zarówno wierzących, jak i niewierzących. Nie dlatego, że opowiada o budującej śmierci, ale dlatego, że wydaje się skrywać tajemnicę. Odpowiedź nie leży w ostatniej chwili jej życia, jakby to było jakieś wyjątkowe wydarzenie, ale w drodze, która do niej doprowadziła. Jak to bywa z każdym świętym.
Cecilia Sánchez Sorondo urodziła się w 1973 roku w San Martín de los Andes, u podnóża Andów, jako drugie z dziesięciorga dzieci. Powołanie pojawiło się w liceum, dzięki nauczycielowi, od którego dowiedziała się o świętej Teresie z Ávili. Nie było to jednak powołanie rozwijające się w sposób ciągły: w kolejnych latach po tej pierwszej myśli Cecilia zmieniła uniwersytet, wstąpiła do klasztoru karmelitanek i po kilku miesiącach odeszła, doświadczając wątpliwości, niepewności i mierząc się z oczekiwaniami. Kiedy poczuła, że Pan chce ją w klasztorze Santa Fe, poproszono ją, by poczekała jeszcze trochę: najpierw musiała zdobyć dyplom pielęgniarki. Okazała posłuszeństwo. Dopiero w grudniu 1997 roku ostatecznie i definitywnie wstąpiła do klasztoru karmelitanek, gdzie sześć lat później złożyła śluby wieczyste.
Ci, którzy ją znali, opowiadają, że była kobietą pełną życia, zafascynowaną muzyką, wytrwałą i o niełatwym charakterze. Nie chodzi o wypolerowaną świętość, którą często sobie wyobrażamy, ale o osobę nieustannie zmagającą się z własnym temperamentem. W jej zapiskach często powraca temat walki z pychą, niecierpliwością i pragnieniem robienia rzeczy po swojemu. Jej wielkim odkryciem ostatecznie nie było osiągnięcie doskonałości, ale przyzwolenie na bycie kochaną w swojej kruchości. Nieprzypadkowo napisała, że Jezus nauczył ją czule akceptować swoje ograniczenia: „Odnalazłam Chrystusa w mojej słabości”.
Dlatego, gdy w grudniu 2015 roku zdiagnozowano u niej raka, jej pierwsze słowa zaskoczyły nawet współsiostry: „Pan wybrał to dla mnie, a ja powiedziałam: Fiat”. Nie jest to danie za wygraną. To owoc codziennego ćwiczenia się w zaufaniu, w wierze. A kilka dni po straszliwej diagnozie dodała: „Proszę Jezusa, aby przemienił mnie w prawdziwą owieczkę, abym mogła być taka jak On: posłuszna aż do śmierci”. W ten sposób choroba stała się miejscem, w którym wszystko, czego się nauczyła, doświadczyła i z czym się zetknęła przez lata, nabrało ostatecznego kształtu.
Nastąpiło sześć bardzo trudnych miesięcy. Radioterapia, chemioterapia, operacje. Wkrótce siostra Cecilia María ledwo mówiła i jadła. Nie chciała jednak rezygnować z codziennej mszy św. i przyjmowania Eucharystii. Aby ją zadowolić, kapelan udzielał jej sakramentu w postaci wina konsekrowanego kroplomierzem. A jej współsiostry jako pierwsze były pod wrażeniem nie tyle jej zdolności znoszenia bólu, co pogody ducha, z jaką wciąż patrzyła na innych. Swoje cierpienie ofiarowywała „za jedność chrześcijan, za Karmel i aby cały Kościół był kolebką prawdy, czułości i miłosierdzia”.
Właśnie tutaj jej uśmiech przestaje być zjawiskiem, które jedynie uderza i intryguje, a staje się prawdziwą prowokacją. Ponieważ często przywykliśmy myśleć, że radość jest gratyfikacją za udane życie, zdrowe ciało, zrealizowany projekt. Tymczasem siostra Cecilia María opowiada o czymś zupełnie przeciwnym. Jej radość rośnie, podczas gdy wszystko, po ludzku rzecz biorąc, kurczy się. Ból nie maleje, ale zmienia się perspektywa, z której na niego patrzy.
Pewnego dnia, całkowicie niezdolna już do mówienia, zapisała w swoim notatniku zdanie, które stało się jej duchowym testamentem: „Trzeba być człowiekiem do szpiku kości, by spotkać Chrystusa”. Przeorysza zapytała ją, co to znaczy. Odpowiedziała po prostu: „Upadać i powstawać, akceptując swoje ubóstwo”. Jest to definicja świętości daleka od jakiegokolwiek moralnego perfekcjonizmu. Bycie świętym, zdaje się mówić, nie oznacza, że człowiek nigdy nie upada, ale że raczej przestaje wzbraniać się przed uznaniem własnej słabości i pozwala, by w niej właśnie objawiła się obecność Boga.
Być może dlatego to zdjęcie niemal nieznanej zakonnicy, uśmiechającej się w momencie śmierci, wciąż krąży nawet wśród niewierzących. W czasach – naszych czasach – które chciałyby wymazać chorobę, ukryć starość i które uważają zależność za porażkę, twarz tej młodej karmelitanki po raz kolejny pokazuje, że ludzka godność nie jest nierozerwalnie związana z ludzką sprawnością. Ponieważ uśmiech siostry Cecilii Marii nie wynika z jej silnej woli, lecz z odkrycia, że żadna kruchość nie jest wystarczająco krucha, by uniemożliwić Chrystusowi dotarcie do człowieka. Czego świadectwo pozostawiła w swoim krótkim życiu i o czym można przeczytać na stronie internetowej (hermanaceciliamaria.org) opowiadającej jej historię, również za pomocą zdjęć, i gromadzącej świadectwa tych, którzy już dostąpili łask za jej wstawiennictwem.
Dlatego wizerunek siostry Cecilii Marii przynosi pocieszenie. Ale nie tylko: wręcz nie daje spokoju. Bo zmusza nas do ponownego zastanowienia się, czy to możliwe, by szczęście nie zależało od okoliczności. Czy rzeczywiście istnieje Obecność zdolna zamieszkać nawet w ostatnich chwilach spędzonych na szpitalnym łóżku, po krótkiej i bardzo ciężkiej chorobie.
CZYTAJ TAKŻE: Siostra Clare: wolność płynąca z posłuszeństwa
To właśnie pytanie wciąż zadaje ta fotografia. I prawdopodobnie dlatego, prawie dziesięć lat po jej śmierci, miliony ludzi wciąż zatrzymują się na widok tego uśmiechu. Być może po to, by spróbować zrozumieć, co – a raczej Kto – może uczynić człowieka tak radosnym, kiedy wszystko, w oczach tych, którzy pozostali, wydaje się być mu odebrane.