
Domenico czuł się bezużyteczny. „Spotkaliśmy się z nim”
Przez kilka tygodni Deborah Giovanati odwiedzała pierwszego pacjenta, któremu region Lombardii pomógł w popełnieniu samobójstwa z pomocą medyczną (z wrześniowych „Tracce”)Domenico Zuccarella miał 59 lat, cierpiał na wtórnie postępujące stwardnienie rozsiane i od miesięcy prosił o możliwość zakończenia życia. 8 listopada 2025 r. złożył wniosek o medycznie wspomagane samobójstwo w Asst Ovest Milanese i był pod opieką stowarzyszenia Luca Coscioni. Po 290 dniach, 25 sierpnia, odebrał sobie życie. Po raz pierwszy w Lombardii regionalna służba zdrowia w całości zajęła się realizacją tego procesu: opieką medyczną, dostarczeniem substancji śmiertelnej oraz zapewnieniem miejsca, w którym doszło do samodzielnego podania leku. Deborah Giovanati, radna miejska w Mediolanie, cierpi na tę samą chorobę co Domenico, choć w mniej zaawansowanym stadium. Odczuwa bóle w całym ciele, mięśnie nie reagują na jej polecenia, a czasami jest zmuszona poruszać się o lasce. „Ból” – wyjaśnia – „jest mniej więcej łagodzony przez leki, ale to stały element każdego dnia, niczym bodziec, o którym nigdy nie można zapomnieć”.
Również pani Giovanati nieustannie poszukuje terapii. Pragnie jednak również w pełni przeżyć swoje życie, ponieważ, jak powiedział Papież w Rimini: „Przyszłość to obietnica, a nie zagrożenie”. Przede wszystkim nie chce działać w pojedynkę. W ramach pełnionej funkcji instytucjonalnej podpisywała interpelacje, składała wnioski o dostęp do akt zarówno w władzach regionalnych, jak i w placówkach szpitalnych, organizowała spotkania na temat wspomaganego samobójstwa ze stowarzyszeniem „Rete Popolare” oraz pisała artykuły i apele do gazet. Nie unikała dialogu z osobami zajmującymi się tą tematyką, w tym z Lucą Zaią, zwolennikiem weneckiej ustawy regionalnej regulującej kwestię samobójstwa wspomaganego medycznie. Jej walka ma charakter nie tylko polityczny, ale i kulturowy. „W sferze kultury nie można się cofać” – wyjaśnia. „Dzisiaj panuje niszcząca koncepcja człowieka: istota ludzka ma wartość, a zatem godność, tylko wtedy, gdy osiąga wyniki. Chrześcijaństwo natomiast nauczyło nas czegoś przeciwnego: że wszyscy mamy wartość. I że kiedy zmagamy się z cierpieniem, potrzebujemy kogoś, kto powie: «Jestem z tobą»”.
Z tym przekonaniem ona i jej mąż Paolo Capizzi, wraz z bliskim przyjacielem z Ruchu, Nicolą Signorellim, zaczęli odwiedzać Domenico w klinice, w której przebywał. Raz w tygodniu, wiernie, przez wiele miesięcy, pomimo wszystkich trudności związanych z pogodzeniem obowiązków zawodowych i opieki nad dziećmi: Deborah i Paolo mają czworo dzieci, a Nicola i jego żona Cecilia – sześcioro.
Kobieta opowiada: „Chęć poznania go zrodziła się we mnie, gdy zobaczyłam go w telewizji. Domenico opowiadał o ramieniu, którym nie mógł już poruszać, o telefonie, z którego nie mógł już korzystać. Ale czy nikt nie pomyślał o tym, żeby dać mu wskaźnik oczny? Czy ktoś kiedykolwiek pokazał mu film, który mu się podoba, zamiast tylko oferować mu możliwość uśmiercenia? Czy kiedykolwiek zabrano go, by obejrzał gwiazdy? Czy spotyka się z przyjaciółmi?”. Tak więc, podobnie jak już wcześniej bezskutecznie, w innych podobnych przypadkach, skontaktowała się z Marco Cappato, skarbnikiem stowarzyszenia Coscioni. Poprosiła go, by dał Domenico do przeczytania artykuł, który napisała na temat końca życia, i zapytał go, czy chciałby się z nią spotkać. Domenico przeczytał i zgodził się.
Jak opowiada Paolo, kiedy jechali samochodem do placówki opiekuńczej, odmawiali Różaniec: „To było coś większego od nas. Wiedzieliśmy, że nie możemy nic zmienić, ale prosiliśmy Pana, by poprzez nas mógł się objawić. Powierzyliśmy to spotkanie Matce Bożej”. Zrodziło się z tego coś nieoczekiwanego. „Przyjaźń” – wyjaśniają wszyscy trzej. Odkryli, że Domenico uwielbia koncerty Vasco Rossiego, dobre wino, lubi palić i że kiedyś przyjął wiarę dzięki księdzu, który pozostał mu bliski, ale z którym nie miał kontaktu od lat. Tak więc wizyty stały się cotygodniowe, a czas spędzany razem mijał na rozmowach o życiu, dzieciach, odmianach winorośli. Ten człowiek – opowiada Nicola – interesował się całym ich życiem, pytał o pracę, rodziny, przyjaciół.
„Niektórzy z jego otoczenia” – dodaje Deborah – „w pewnym momencie sugerowali mu, by zerwał z nami kontakty, bo uważali, że chcemy spowolnić procedurę dotyczącą wspomaganego samobójstwa. Ale on nie chciał. „Wysłałem ich do diabła” – powiedział nam – „bo jesteście dobrymi ludźmi, lubię z wami przebywać i pić z wami wino”. W dniu, w którym przynieśliśmy mu butelkę dobrego wina, był szczęśliwy: „Nigdy nie piłem tak dobrego wina. Czułem się, jakby to była uroczysta niedziela” – powiedział nam”. W miarę upływu czasu Domenico stał się coraz bardziej milczący: „Zrozumieliśmy, że zbliża się data śmierci” – przyznaje Paolo.
„Nadanie sensu cierpieniu nie może być jedynie dobrowolnym wysiłkiem. To łaska, o którą trzeba prosić każdego dnia”
Podczas jednej z pierwszych wizyt – dodaje – obecny tam znajomy zapytał Domenico bez ogródek, czy chce umrzeć z powodu bólu, czy z innego powodu. Odpowiedź brzmiała: „Czuję się bezużyteczny”. To zdanie kołatało się w głowach trzech przyjaciół przez wiele tygodni. „Domenico” – wyjaśnia Deborah – „nie był pacjentem terminalnym w potocznym znaczeniu tego słowa. Cierpiał na nieodwracalną i postępującą chorobę, jego ciało stawało się coraz bardziej zależne od pomocy, ale nadal można je było leczyć. Słowo «bezużyteczny» porusza inną kwestię: co się dzieje, gdy człowiek zaczyna myśleć, że jego wartość zależy wyłącznie od tego, co jeszcze jest w stanie zrobić? W swoim życiu przekonałam się, że tak nie jest”.
Deborah Giovanati wspomina czasy, kiedy była dość żywiołową uczennicą. Mieszkała w Stagno Lombardo, w okolicach Cremony. Niektórzy dorośli zaproponowali jej i innym rozbrykanym uczniom z GS gest charytatywny: wizytę w domu Andrei i Federiki, dwojga rodzeństwa z bardzo poważnymi niepełnosprawnościami. „Im bardziej byłeś niespokojny, tym częściej wysyłali cię do nich. Woziliśmy ich na wózkach, spędzaliśmy z nimi czas na basenie. Wokół tej rodziny kręciła się cała wioska i wielu przyjaciół z CL: jedni pomagali, inni wyburzali stopień, by umożliwić przejazd wózków inwalidzkich, a jeszcze inni kończyli pracę i szli pomóc w domu”. Od tych dwojga młodych ludzi Deborah nauczyła się, „że choroba nie stoi w sprzeczności z życiem”. Andrea i Federica mogli wydawać się ludźmi, którzy „nic nie dawali światu”, ponieważ nie byli „funkcjonalni w powszechnym rozumieniu”. A jednak „w rzeczywistości byli obecni, byli czystą radością, byli pełni relacji”.
Kiedy to ona sama znalazła się w potrzebie, ta lekcja nie zniknęła. „Nadanie sensu cierpieniu nie może być jedynie dobrowolnym wysiłkiem. To łaska, o którą należy prosić każdego dnia”. Jej mąż wie, że nie są to puste frazesy: „Są poranki, kiedy nie jest w stanie wstać z łóżka z powodu bólu, a ja jestem bezradny. Nie potrafię rozwiązać tej fundamentalnej kwestii: co nadaje sens tym dniom? Na pewno nie ja, z moimi skromnymi środkami. Ale ciągłe powierzanie Bogu tego małżeństwa, tych dzieci, zarówno w dobrych, jak i w tych mniej dobrych dniach”. Opowiadają o bólu związanym ze śmiercią dwojga dzieci, Martino i Giuseppe, które zmarły przedwcześnie, w czasie ciąży. A potem o Andrei, czwartym dziecku, które przyszło na świat, gdy choroba Deborah była już w zaawansowanym stadium. Nicola spogląda na parę przyjaciół: „To, czego nauczyliśmy się, przebywając z Domenico, to fakt, że naprawdę najtrudniejszą rzeczą na świecie jest pozwolić sobie na bycie kochanym, pogodzić się z tym, że nie jest się idealnym, a mimo to być kochanym”.
Deborah cierpi na tę samą chorobę co Domenico. Jej mąż opowiada: „Są poranki, kiedy z powodu bólu nie jest w stanie wstać, a ja jestem bezradny. Nie potrafię rozwiązać jej podstawowego problemu: co nadaje sens tym dniom?”.
Pewnego dnia w pracy Nicola opowiada o Domenico dwóm koleżankom. One nie rozumieją: po co wciąż odwiedzać kogoś, kto zdecydował się umrzeć? On wraca myślami do tych wizyt. „Nie mogliśmy uratować Domenico, choć modliliśmy się bardzo, w ciszy, by mógł dalej żyć. Mogliśmy jednak tam być i wyrwać go, przynajmniej na kilka godzin, z przekonania, że jest tylko swoją chorobą”. Mogli tylko tam być.
CZYTAJ TAKŻE: Przemoc wśród młodzieży, brak nadziei i zagubienie dorosłych
„Ktoś” – dodaje Deborah – „pomyślał zapewne, że był to nasz ruch «polityczny», mający na celu przeciwstawienie jednej narracji drugiej. Tak nie jest. Udaliśmy się do Domenico, aby przemienić nasze serca i dać świadectwo naszym dzieciom, że życie zawsze jest warte przeżycia. Niezależnie od tego, jakie prawo zostanie uchwalone we Włoszech. Nikt nie ma wartości dlatego, że jest dobry w czymś. Masz wartość, ponieważ po prostu jesteś”. O życie należy dbać nawet wtedy, gdy nie jest ono samodzielne, produktywne ani wydajne. „A opieka” – podsumowuje Deborah – „to nie tylko uśmierzanie bólu, ale nauka postrzegania każdego człowieka jako cudu. Patrzenia na siebie tak, jak patrzy na nas Bóg”.
#Ślady