Mediolan, 17 października 2026 Starcia na Piazza Duomo (©Ansa/Matteo Corner)

Przemoc wśród młodzieży, brak nadziei i zagubienie dorosłych

Wybuch niemego gniewu skłania nas wszystkich do refleksji – kryzys, w którym każdy, w tym młodzież, ma swój „kawałek muru” do zbudowania. Z serwisu Repubblica.it
Matteo Severgnini

W obliczu obrazów przemocy i zamieszek, które wybuchły w weekend w Mediolanie, Turynie i Bolonii – pod pewnymi względami podobnych do tych, które widzieliśmy już we Francji – należy wyrazić sprzeciw: przemoc należy powstrzymać, a ci, którzy ją stosowali, powinni ponieść odpowiedzialność. Jednak w kolejnych godzinach, im wyraźniej rysowały się kontury tego, co się wydarzyło, tym bardziej brakowało słów: wielu spośród tych, którzy szturmowali sklepy, niszczyli wszystko, co napotkali, i siali panikę wśród przechodniów, to bardzo młodzi ludzie w wieku od 12 do 15 lat. Ponadto, jak opowiada ksiądz Claudio Burgio, który spotkał się z zatrzymanymi w więzieniu Beccaria, „nie mają oni nic wspólnego z demonstracjami studenckimi ani z ruchami społecznymi. Zatrzymani za akty wandalizmu nie mają pojęcia o polityce”. Słuszne jest zadawanie pytań o możliwe wykorzystanie tych wydarzeń oraz o ideologiczne korzenie tych czynów, ale należy uznać, że mamy do czynienia z nowym zjawiskiem: wybuch niemego gniewu, przemocy na pograniczu zabawy i niepohamowanego sposobu wyładowania się – objawy głębokiego niepokoju, które powinny skłonić nas wszystkich, dorosłych, do refleksji.

Już wiele lat temu Pasolini mówił o „młodzieży, która jest jednocześnie zarozumiała i sfrustrowana z powodu głupoty oraz nieosiągalności wzorców proponowanych im przez szkołę i telewizję” (dziś pomnożonych w tysiące form w sieci), która „niepowstrzymanie dąży do tego, by być albo agresywną aż do aktów przemocy, albo bierną aż do nieszczęścia”. Dzisiaj widzimy tych młodych na własne oczy.
Ta przemoc ujawnia raczej pewien brak: brak celu, dla którego warto byłoby wspólnie się zaangażować. Kiedy brakuje horyzontu sensu, kiedy brakuje nadziei, budowanie staje się niemożliwe: po prostu dokonuje się zniszczenia.

W młodzieży biorącej udział w zamieszkach dostrzegam zagubienie tych, którzy nie znajdują obok siebie nikogo, z kim mogliby rozmawiać, nikogo, kogo mogliby zapytać, nikogo, na kim mogliby się wyładować. Zagubione dzieci, które pochodzą z Nibylandii, nie mają nikogo, z kim mogłyby wyobrażać sobie przyszłość, i w końcu posługują się wyłącznie językiem przemocy. W urzędzie stanu cywilnego nie brakuje rodziców, ale być może brakuje dorosłych zdolnych do wychowywania, towarzyszenia, wskazywania drogi i podążania nią jako pierwsi. Jeśli jednak nie ma nikogo, komu można by zadać swoje fundamentalne pytania, wątpliwości pozostają bez perspektywy i wybucha gniew – ponieważ nie ma nikogo, kto by słuchał, albo dlatego, że to, co świat ma do zaoferowania, jest zbyt marne (lub nieosiągalne) w porównaniu z oczekiwaniami serca.

Wczoraj pewna matka wioząc samochodem chorego syna na sesję radioterapii, słuchała w radiu wiadomości o zniszczeniach. Chłopiec, zaniepokojony agresywnymi wiadomościami pojawiającymi się na klasowym czacie, w których nienawiścią odpowiadano na nienawiść, nagle powiedział do matki: „Byłoby wspaniale, gdyby nauczyciel języka włoskiego przeczytał moim kolegom fragmenty powieści Narzeczeni o buncie chlebowym”. Uderzające jest to, że młody człowiek, w chwili, gdy miałby wszelkie powody, by zamknąć się w sobie, troszczył się o swoich kolegów, pragnąc dla nich alternatywy dla ślepej furii. Zaskakujące jest również to, że szukając tej alternatywy, pomyślał właśnie o szkole, o tym fragmencie powieści, w którym Manzoni z gorzką klarownością opisuje paradoks tłumu, który próbuje zareagować na głód, napadając na piekarnie i niszcząc właśnie to, czego desperacko potrzebuje. Zastanawiam się więc: jakie doświadczenia szkolne ma ten młody człowiek? I jakie doświadczenia rodzinne musi przeżywać, by tak rozmawiać ze swoją matką?

Uważam, że przemoc ostatnich dni nie oddaje w pełni tego, kim są ci młodzi ludzie. Ich serca, podobnie jak serca wszystkich innych, przepełnione są radykalnym pragnieniem dobra, prawdy i sprawiedliwości. Ta przemoc świadczy raczej o pewnym braku: braku celu, dla którego warto byłoby wspólnie się zaangażować. Kiedy brakuje horyzontu sensu, kiedy brakuje nadziei, budowanie staje się niemożliwe: po prostu się niszczy. A katastroficzna narracja, w której często mówi się o przyszłości świata – i która dotyka przede wszystkim młode pokolenia – tylko podsyca tę spiralę.

Aby młody człowiek nie ograniczał się do niszczenia tego, co ma przed sobą, musi spotkać kogoś, kto pokaże mu, że warto budować. Tak właśnie stało się w moim przypadku, gdy byłem nastolatkiem. W tym sensie prawdziwym kryzysem wychowawczym jest nie tylko zagubienie młodzieży, ale przede wszystkim zagubienie nas, dorosłych, zbyt często pochłoniętych „ważniejszymi sprawami”. Nie potrzeba dorosłych idealnych, ale – jak to ujął Winnicott – „wystarczająco dobrych”, czyli zdolnych do przekazania zaufania do życia: ojcowie, matki, nauczyciele, wychowawcy „wystarczająco dobrzy” nie dlatego, że znają wszystkie odpowiedzi, ale dlatego, że są w drodze, żyją z hipotezą o sensie, nie przestali zadawać pytań i właśnie dlatego potrafią przyjąć wątpliwości, pytania, a nawet gniew, nie rezygnując z próby odróżnienia dobra od zła. Jest to odpowiedzialność, od której nie możemy się już dłużej uchylać.

Istnieje biblijny obraz, który Leon XIV umieścił w centrum encykliki Magnifica humanitas: obraz Nehemiasza, który nie ogranicza się do płaczu nad ruinami Jerozolimy, ale zwołuje rodziny i powierza każdej z nich fragment muru do odbudowy. Nikt nie jest w stanie samodzielnie rozwiązać takiego kryzysu, ale każdy ma „swój” fragment muru, o który musi zadbać: rodzic w domu, nauczyciel w klasie, przedsiębiorca w swojej firmie, wychowawca w oratorium lub stowarzyszeniu. Dlatego ważne jest, aby odpowiedzieć na wezwanie Papieża do tworzenia „sojuszy wychowawczych”, w których również młodzież ma swój kawałek muru do zbudowania. Razem.

Artykuł pochodzi ze strony Repubblica.it