
Amerykanin w Rimini: sześć dni między wiarą i kulturą
Debaty, papież, Ziemia Święta, otwartość na świat: dziennikarz zanurza się w nieoczekiwanym wydarzeniu. Tam odkrył, że „pierwszym dziełem jesteś ty” (z wrześniowych „Tracce”)*Felietonista w dziale „Opinie” dziennika „The New York Times
Tego lata, kiedy skończyłem 18 lat, miałem wypadek samochodowy w Rimini. Tak jak wielu w tamtych czasach rozpieszczonych amerykańskich studentów, podróżowałem autostopem po Europie. Mężczyzna, który podwiózł mnie, obiecując, że zawiezie mnie do Rawenny, wskazał na skalisty cypel w oddali, mówiąc, że to San Marino. Odwrócił wzrok od drogi i sekundę później z dużą prędkością uderzył w samochód jadący przed nami. Nikt nie odniósł obrażeń, ale samochody uległy uszkodzeniu. Podczas gdy obaj kierowcy żywo dyskutowali, ruszyłem wzdłuż drogi i złapałem kolejnego stopa. Kilkadziesiąt lat później, podczas pandemii Covidu, obejrzałem wraz z synem większość filmów Felliniego, w tym „Amarcord”. Cudowne! Zjadłem piadinę. Jeszcze lepiej! Jednak nic z tego nie dało mi jasnego wyobrażenia o tym, czego tym razem mogę się spodziewać po Rimini.
Miałem natomiast doświadczenie z „New York Encounter” – festiwalu otwartego dla publiczności, firmowanego przez ruch Comunione e Liberazione, który odbywa się każdej zimy na Dolnym Manhattanie w okolicach Walentynek. Łatwiejszy do osiągnięcia z Waszyngtonu, jest jakby miniaturą tego, co dzieje się w Rimini od 1980 roku. Moja żona uczestniczy w nim od dawna i zabrała mnie ze sobą na ostatnie edycje. To niezwykłe wydarzenie. Wiele aspektów sprawia, że jest ono ciekawsze niż zwykłe amerykańskie spotkanie. 
Wyczuwalna jest tam silna obecność katolicka: w niedzielę rano można uczestniczyć we Mszy św., odprawianej przez arcybiskupa Nowego Yorku. Można tu spotkać dziesiątki wybitnych przedstawicieli świata kultury i ważnych osobistości życia społecznego, którzy wypowiadają się znacznie bardziej szczerze niż zazwyczaj. Jednym z powodów, dla których prelegenci czują się tak swobodnie, jest to, że serce konferencji (lub wydarzenia) nie bije na scenach i trybunach, ale w sali, w księgarni, przy stoisku z lodami czy w restauracji – tam, gdzie spotykają się uczestnicy. Wszystko to jest możliwe dzięki dziesiątkom pełnych energii wolontariuszy, z których wielu pochodzi z Włoch, i którzy nadają temu wydarzeniu charakter wspólnotowy (a w pewnym sensie także styl), co jest rzadkością na podobnych zgromadzeniach w Ameryce.
Trudno więc wyobrazić sobie zaproszenie, bardziej kuszące niż to, do wystąpienia na Meetingu w Rimini, które przypomina to w Nowym Jorku, ale jest znacznie większe. Spotkanie w Nowym Jorku trwa dwa lub trzy dni, a wydarzenie w Rimini – sześć.
Spotkanie w Nowym Jorku odbywa się w jednym budynku. Meeting w Rimini odbywa się na tak rozległych terenach targowych, że jeśli przyjedziesz samochodem do niewłaściwego wejścia, musisz iść piętnaście minut pieszo, aby dotrzeć do celu. „Księgarnia” w Nowym Jorku składa się w rzeczywistości tylko z kilku stołów, podczas gdy ta w Rimini to ogromna sala, zajmująca powierzchnię większą niż i tak już duży sklep Feltrinelli w centrum miasta. Rimini jest bogatsze w wydarzenia a uczestnicy są prawdopodobnie bardziej skoncentrowani na samej imprezie. W Nowym Jorku trudno byłoby winić młodą Włoszkę, która po raz pierwszy podróżuje do Stanów Zjednoczonych, gdyby zdecydowała się udać pieszo do Central Parku, oddalonego o zaledwie pół godziny drogi, lub do Empire State Building, do którego można dotrzeć w dziesięć minut. W Rimini natomiast przeciwnie, ruch uliczny i upał są nieubłagane, i znajduje się tam niewiele miejsc, które mogłyby przyciągnąć ciekawskich (choć wszyscy powinni postarać się zwiedzić przynajmniej Łuk Augusta i Most Tyberiusza). Dlatego panuje atmosfera ciągłego przebywania razem: wszyscy są razem przez cały dzień.
I wreszcie, z całym szacunkiem dla biskupa Nowego Jorku, w tegorocznej edycji wydarzenia wziął udział biskup Rzymu, który przybył w sobotę po południu, by spotkać się z entuzjastycznym tłumem liczącym dziesiątki tysięcy osób. „Drodzy przyjaciele, zawsze kochajcie Kościół!”, powiedział pod koniec przemówienia, w którym podkreślił, że „prawdy można doświadczyć jedynie w wolności”. To, co najbardziej zapadło nam w pamięć, to nie tylko oklaski i okrzyki „Papa Le-o-ne! … Papa Leo-ne!”, ale także pieśni. Te piękne pieśni, które wydawały się przyciągać tysiące ludzi, nie są znane Amerykaninowi, nawet temu, który uczęszcza do kościoła. Wydawały się nieznane nawet niektórym Włochom. Młoda kobieta, z którą byłem, wyjaśniła mi, że wiele z nich było autorstwa Claudio Chieffo. Młodzi śpiewali je podczas spotkań ruchu Comunione e Liberazione, w tym również podczas tego. „Znasz je?”, zapytałem ją. „O tak!”, uśmiechnęła się. „Tutaj czuję się jak w domu!”. 
W tę sobotę w Rimini mogłem po prostu patrzeć, słuchać i uczyć się. Moje wystąpienie – na temat losów Stanów Zjednoczonych – odbyło się poprzedniego wieczoru. Moderował je Marco Bardazzi, dziennikarz, który długo pracował w USA, a poprowadził je Michael Driessen, urodzony w Stanach Zjednoczonych, wykładający filozofię polityczną w Rzymie. Od wielu lat fascynuje mnie, a czasem wręcz obsesyjnie zajmuje, włoska polityka, z kilku powodów: po pierwsze dlatego, że Włosi są bardzo zręczni w polityce, choć nie zawsze w sposób, który przyczynia się do szczęścia wyborców. Po drugie, ponieważ spośród czterech głównych krajów europejskich Włochy są tym, które zachowały największą autonomię kulturową i polityczną względem Stanów Zjednoczonych. To sprawia, że w oczach Amerykanina są one bardziej egzotyczne i ciekawsze niż Anglia, Francja czy Niemcy.
Równie interesujące były debaty polityczne: ta, w której Mattia Ferraresi poprowadził dyskusję z udziałem Enrico Mentany i Bruno Vespy, na temat zmian we włoskiej polityce; oraz ta, w której Giovanni Orsina zmierzył się z Alessandro Aresu w kwestiach dotyczących kierunku, w jakim zmierza globalizacja. Kolejnym wydarzeniem budzącym ogromne zainteresowanie była debata na temat Bliskiego Wschodu, którą poprowadził Bernhard Scholz, a podczas której francuski islamolog, Olivier Roy, stanowczo stwierdził, że Amerykanie nie są już arbitrem w tym regionie, a mój rodak, Joseph Weiler (w nienagannym języku włoskim) opowiedział się za rozwiązaniem opartym na dwóch państwach.
Jednak Meeting w Rimini pokazuje ogólnie rzecz biorąc szerszą perspektywę dotyczącą tych tematów. Pierwszego dnia, podczas lunchu, spotkałem historyka religii Emanuele Colombo z Boston College oraz socjologa Brandona Vaidyanathana z Catholic University of America, rozmawiających o teologii piękna. Dzięki tej otwartości mogłem nawiązać kontakt z szeregiem kluczowych postaci życia Kościoła na Kubie, w Chile i w Wenezueli.
Jeśli ten tydzień miał dla mnie, jako widza, jakiś punkt kulminacyjny, to prawdopodobnie był to poniedziałek w południe, kiedy to franciszkanin, ojciec Francesco Ielpo, kustosz Ziemi Świętej, wygłosił przemówienie na temat „Kochać Ziemię Świętą”. Ojciec Ielpo zaprosił ojca Gabriela Romanelliego, proboszcza kościoła Świętej Rodziny w Gazie i ostatniego księdza, który pozostał w Strefie Gazy, do udziału w spotkaniu za pośrednictwem wideokonferencji i do opisania sytuacji na miejscu: siedemdziesięciu z jego parafian zabitych, drony wszędzie, brak wody pitnej. A jednak są tak optymistyczni, a nawet w dobrym nastroju: kiedy ojciec Romanelli zwrócił uwagę, że wiele dzieci z jego parafii mieszka w namiotach, dodał: „Słowo «namiot» jest zbyt romantyczne”. 
Obaj księża wykazali się wielką pokorą w obliczu konieczności, by – dla kogoś, kto angażuje się w taką misję – patrzeć na wszystko z właściwej perspektywy, rozróżniać, co może zrobić, a czego nie, oraz uznać, że „pierwszym dziełem jesteś ty sam”. Pierwszym dziełem jesteś ty.
CZYTAJ TAKŻE: Meeting. Socjolog i wolontariusze, którzy płacą, żeby pracować
Ostatniego dnia przed powrotem do Waszyngtonu wszedłem do księgarni Feltrinelli w Rimini i zobaczyłem, że ojciec Romanelli napisał autobiografię. Leżała na półce: Le rovine e la luce [Ruiny i światło] (Piemme, 2026). Przeczytałem kilka rozdziałów. Jeden z nich szczególnie mnie poruszył: opisuje w nim, bez cienia użalania się nad sobą, nowotwór, który dotknął go w 2020 roku i który (przynajmniej w momencie pisania książki) jest w remisji. „Nadal przekazuję ludziom wokół mnie to, czego nauczyła mnie ta osobista próba” – pisze. „Mówię to z całą szczerością: to dar. Cierpienie po raz kolejny obdarzyło mnie łaską bycia bardziej miłosiernym”. Zdałem sobie sprawę, że być może pewnego dnia sam będę potrzebował takiej mądrości. Poszedłem do kasy i kupiłem ją. A potem zabrałem ją ze sobą do mojego miasta pełnego ludzi, którzy czują się powołani do rządzenia światem, jako pamiątkę tygodnia spędzonego wśród ludzi, którzy czują się powołani do jego odkupienia. #Ślady