
Liban – siła, by zacząć od nowa
Zraniony dekadami konfliktów i bezprecedensowym kryzysem Kraj Cedrów wciąż pokazuje światu, że współistnienie między narodami i religiami może przezwyciężyć podziały i rodzić nadzieję (z lipcowo-sierpniowych „Tracce”)Każdego 22. dnia miesiąca dziesiątki tysięcy ludzi podążają do grobu świętego Szarbela, znajdującego się w północnej części Libanu. Chrześcijanie i muzułmanie przybywają, aby prosić o łaskę, pojednanie i pokój. Powód pielgrzymki sięga wydarzeń pewnej nocy w 1993 roku: kobiecie z nieodwracalnym niedowładem połowiczym przyśnił się maronicki mnich, który zmarł pod koniec XIX wieku, kanonizowany przez Pawła VI, i polecił jej zachować spokój. Rano obudziła się uzdrowiona, z blizną na szyi. To właśnie wydarzenie zainspirowało wystawę „Liban. Piękno, rany, nadzieja”, która zostanie zaprezentowana podczas Meetingu w 2026 roku. „Ta historia nas poruszyła – mówi Andrea Caspani, jeden z kuratorów wystawy, obok Giorgio Cavalliego, Giuseppe Emmolo i Danilo Zardina, związanych z czasopismem „Linea Tempo”. – Pielgrzymka, w której biorą udział chrześcijanie i muzułmanie – to obraz sekretu Libanu. Wiara przeżywana autentycznie jest w stanie zrodzić naród rozumiejący różnice”.
Piękno. Liban miał wiele imion. W latach 60. XX wieku nazywano go Szwajcarią Bliskiego Wschodu ze względu na stoki narciarskie i plaże Bejrutu, odwiedzane przez międzynarodową elitę. Jednak atrakcyjność, o której wystawa chce opowiedzieć, jest trudniejsza do zauważenia, a zatem tym bardziej konieczna do pokazania. „Piękno libańskiego doświadczenia polegało na jego zdolności do zbudowania narodu – mówi Caspani. – Amalgamat wzajemnie szanujących się kultur i realiów społecznych, zdolny przetrwać przez wieki w kontekście, w którym dominująca potęga – najpierw Bizancjum, potem kalifat, a następnie Imperium Osmańskie – zawsze wspierała tylko jedno wyznanie religijne”. Liban w tej scenerii był schronieniem i miejscem spotkań mniejszości: Konstytucja uznaje 18 wyznań religijnych, tworzących mozaikę, która przez dekady dążyła do przekształcenia się w projekt polityczny.
Siłą napędową tej zdolności, według Caspaniego, była forma chrześcijaństwa maronickiego. Cytuje książkę ojca Bernardo Cervellery, napisaną w czasie wojny domowej: „Istnieje wiele mieszanych wiosek, w których życie współdzielą ze sobą chrześcijanie i Druzowie, chrześcijanie i szyici, chrześcijanie i sunnici. Praktycznie nie ma mieszanych wiosek, w których mieszkaliby tylko sunnici i Druzowie lub sunnici i szyici”. Chrześcijański zaczyn był tym elementem umożliwiającym integrację, która w przeciwnym razie byłaby nierealna. Jednym z wielu przykładów jest patriarcha Hoyek, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, którego zbliżającą się beatyfikację ogłosił papież Leon XIV pod koniec maja. Podczas I wojny światowej, gdy Turcy próbowali zagłodzić kraj, pomagał wszystkim, otwierając klasztory dla potrzebujących bez względu na wyznanie. Na konferencji pokojowej w Wersalu przewodził delegacji libańskiej, doprowadzając do powstania Wielkiego Libanu: rozszerzonego państwa, zdolnego objąć także obszary zamieszkane głównie przez muzułmanów, ponieważ zrozumiał, że samowystarczalne i pluralistyczne państwo jest lepsze niż państwo małe, czysto maronickie.
Cud, który został uznany przy okazji jego beatyfikacji, dokonał się na druzyjskim oficerze. „Sekretem Libanu – podsumowuje Caspani – jest doświadczenie, w którym wiara staje się umiejętnością budowania kultury otwartej na drugiego człowieka i przestrzeni społecznej dzielonej z tymi, którzy są inni”. Głęboko przeżywana wiara rodzi poczucie przynależności bez wykluczenia, umiejętność budowania pokojowego współistnienia, zdolnego do solidarności, a także przebaczenia. „Chrześcijaństwo jest zaczynem, który pozwala rozkwitnąć człowieczeństwu”.
Rany. Jak w przypadku wszystkich pozytywnych doświadczeń, nie brakuje ran. Słabość modelu libańskiego była już wpisana w jego strukturę. Mozaice wyznaniowej, z trudem utrzymywanej w całości, groziło przekształcenie się, jak to częściowo się stało, w system klientelizmu i podziału władzy. A kiedy świat zaczął się kręcić wokół Libanu, to gliniane naczynie znalazło się wśród żelaznych naczyń. Palestyńczycy, przyjmowani setkami tysięcy, stopniowo budowali państwo w państwie, podczas gdy Izrael, aby im się przeciwstawić, napadał na południe, a Syria Asada chciała dokonać inwazji ze wschodu. Wewnątrzwyznaniowy egoizm świata maronickiego, sunnickiego i szyickiego skorodował zasadę dobra wspólnego od wewnątrz. Wojna domowa (1975–1990) pozostawiła głębokie blizny, a mieszane wioski, o których mówił Cervellera, stały się znacznie mniej liczne.
Od 2005 roku, po tak zwanej rewolucji cedrowej i ustaniu bezpośrednich wpływów Syrii, Liban próbował się podnieść, ale doświadczył nieprzerwanej serii kryzysów. Najbardziej niszczycielskim pod względem gospodarczym było pęknięcie bańki finansowej; następnie nastąpiła eksplozja w porcie w Bejrucie w 2020 roku, a wreszcie ostatni dramatyczny kontekst wojny między Hezbollahem a Izraelem.
„Światło dzienne ujrzały wszystkie sprzeczności i rany” – zauważa Andrea Avveduto, odpowiedzialny za komunikację w Stowarzyszeniu „Pro Terra Sancta” i członek komitetu naukowego wystawy. Chrześcijanie, obecnie stanowiący mniejszość, ucierpieli najbardziej, a wielu z nich opuściło kraj. Duża diaspora, z powodu której obecnie więcej Libańczyków mieszka za granicą niż w ojczyźnie, jest raną mierzoną rozproszonymi rodzinami, utraconymi specjalistami różnych zawodów i młodzieżą, która nie znajduje powodu, by pozostać. Jednak, jak zauważa Caspani, także w diasporze każdy, kto jest pytany, mówi, że chciałby wrócić, gdyby mógł. A małżeństwa mieszane wciąż są zawierane. „W narodzie panuje fundamentalne przekonanie, że Liban należy do wszystkich, nie tylko do chrześcijan, sunnitów czy szyitów”.
Nadzieja. Ostatnia część wystawy to zbiór świadectw ludzi, którzy zostali, wrócili lub postanowili zbudować coś, co wydawało się niemożliwe. „To są proroctwa – wyjaśnia Avveduto. – Mówią, że pokój jest możliwy”. „Pro Terra Sancta” przybliżyła niektóre z tych historii. Na przykład historię ojca Taoufica, proboszcza Kustodii Ziemi Świętej w Tyrze, który dojeżdża z Bejrutu na południe, aby przyjmować uchodźców. Lub tych, którzy uczestniczyli w projekcie Work in Progress: szansa dla aspirujących libańskich przedsiębiorców na założenie startupu, z pożyczką do spłaty w razie sukcesu, a przede wszystkim ze wsparciem włoskich przedsiębiorców i menedżerów, którzy biorą sobie każdą sprawę do serca. „Takie historie budują inny Liban, ponieważ działają tam, gdzie kraj jest naprawdę odbudowywany: w jednostce, której przywraca się prawo do trwania w nadziei”.
CZTAJ TAKŻE: Meeting i papieże. Od Jana Pawła II do Leona XIV
Pozostałe świadectwa zostały zebrane przez AVSI i inne lokalne stowarzyszenia. Wszystkie mają ten sam cel: pokazać, że współistnienie jest nadal możliwe, że Liban wciąż niesie przesłanie. „Również dla nas – zapewnia Caspani. – Zmierzamy w kierunku społeczeństw pluralistycznych. Doświadczenie Libanu jest kompasem wskazującym przyszłość”. Powiedział to również papież Leon XIV w pałacu prezydenckim w Bejrucie 30 listopada, wobec władz Libanu: „Zastanówcie się nad waszą historią. Zadajcie sobie pytanie, skąd bierze się ta niesamowita energia, która nigdy nie pozwoliła waszemu narodowi upaść na duchu i stracić nadziei. Jesteście krajem zróżnicowanym, wspólnotą wspólnot, ale zjednoczoną przez wspólny język, […] język nadziei, ten, który zawsze pozwalał wam rozpoczynać od nowa”. To jest wyzwanie wystawy: żeby ten język nie był tylko libański. I że warto się go nauczyć.#Ślady