Ks. Piotr Żelazko z grupą hebrajskojęzycznych katolików w podziemnym bunkrze

Wiara przeżywana po hebrajsku

Z Polski do Jerozolimy: ks. Piotr Żelazko towarzyszy wiernym mówiącym językiem Izraela. Mniejszość stojąca przed ważnym zadaniem dawania świadectwa pozornie trudnej jedności (z majowych „Tracce”)
Giovanni Bucchi*

*Dziennikarz

Zbyt mała, by uznać ją za mniejszość. W najlepszym razie można by ich nazwać mniejszością mniejszości. Tak właśnie izraelski dziennik „Haaretz” zbył ich, pisząc o nich – o tej maleńkiej wspólnocie chrześcijańskiej, obecnej w małych grupach w Jerozolimie, Jafie, Hajfie, Beer Szewie, Tyberiadzie i Emaus. Zbyt mała, by mieć jakikolwiek wpływ na jakimkolwiek poziomie politycznym czy religijnym, a jednak cieszy się uznaniem Kościoła od ponad 70 lat, co świadczy o tym, że katolickość Kościoła nie zatrzymuje się na różnicach etnicznych, politycznych i kulturowych. Są hebrajskojęzycznymi katolikami obrządku łacińskiego w Izraelu, zgromadzonymi w wikariacie św. Jakuba, przynależącym do Łacińskiego Patriarchatu Jerozolimy. Prowadzi ich ksiądz Piotr Żelazko, znany wszystkim jako ksiądz Piotr, wikariusz patriarchatu polskiego pochodzenia. Przewodzi on tej wspólnocie liczącej nieco ponad tysiąc dusz, w tym sześciu kapłanów. Pochodzący z diecezji szczecińskiej ksiądz Piotr studiował na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i w Studium Biblicum Franciscanum. Mieszka w klasztorze świętych Symeona i Anny w zachodniej Jerozolimie, gdzie mieści się wikariat św. Jakuba.

Kim są dziś hebrajskojęzyczni katolicy w Izraelu?
Mówimy o bardzo małej społeczności, liczącej około tysiąca osób, ale też bardzo zróżnicowanej. Są Żydzi, którzy spotkali Chrystusa i się nawrócili, izraelskie rodziny arabskie, które żyją i modlą się po hebrajsku, imigranci, a przede wszystkim wielu młodych ludzi urodzonych tutaj, doskonale zintegrowanych z izraelskim społeczeństwem. Niektórzy pochodzą z rodzin filipińskich lub hinduskich, inni z krajów rosyjskojęzycznych, są także Ukraińcy. Wszyscy jednak współdzielą jedną rzecz: żyją wiarą w Chrystusa w kulturze i języku tego kraju.

Co znaczy dla was modlitwa i wyznawanie wiary chrześcijańskiej po hebrajsku?
To coś bardzo głębokiego. Hebrajski jest językiem Pisma Świętego, narodu, z którego pochodził Jezus, który mówił głównie po aramejsku. Modlitwa po hebrajsku oznacza w pewnym sensie pozostawanie w tej historii, niezapominanie o niej i odkrywanie na nowo jej najstarszych korzeni. To nie tylko wybór językowy – to sposób przeżywania wiary w kontekście, w którym narodziło się chrześcijaństwo. A to, wraz z niezwykłym pięknem Kościoła, obejmującym cały świat, jest naszą ogromną odpowiedzialnością.

Kard. Pierbattista Pizzaballa (trzeci od lewej) z sześcioma wikariuszami patriarchalnymi katolików hebrajskojęzycznych

Wasz wikariat, poświęcony św. Jakubowi, niedawno świętował 70. rocznicę istnienia pielgrzymką do Rzymu. Powstał w latach 50. XX wieku, kiedy to pierwsze msze św. odprawiano w języku hebrajskim, po mszach w obrządku syryjsko-katolickim, jeszcze przed wprowadzeniem przez Sobór Watykański II języków narodowych do liturgii, oprócz łaciny. Co to mówi o waszych doświadczeniach?
Już wtedy Kościół wyczuwał, że w Izraelu jest coś wyjątkowego. Istotnie, zezwolenie na celebrację po hebrajsku pojawiło się, gdy cały Kościół celebrował jeszcze tylko po łacinie. Po Soborze kontynuowaliśmy tę drogę w obrządku łacińskim, tłumacząc liturgię i dostosowując ją do naszej rzeczywistości. To tak, jakby nasza historia antycypowała coś, czego Kościół później doświadczy szerzej.

Określacie się jako „mniejszość w mniejszości”. Czy to tylko trudność, czy także powołanie?
Jedno i drugie. Z jednej strony jest to trudne: jest nas niewielu, nie jesteśmy samowystarczalni nawet ekonomicznie, rozproszeni po różnych wspólnotach, z których niektóre są bardzo małe. Teraz, na przykład, w Tel Awiwie powstaje nowa grupa, ale nie liczy ona nawet dwudziestu osób. Z drugiej strony nasze uwarunkowanie jest powołaniem. Nasza małość zmusza nas do budowania prawdziwych, osobistych relacji. Wszyscy się znamy, wspieramy się nawzajem. A przede wszystkim ten wymiar przypomina nam, że to, jak jesteśmy ważni, nie tkwi w liczbach, ale w naszej misji.

Na czym polega ta misja? Czym różni się od misji wszystkich innych chrześcijan obecnych w Ziemi Świętej?
Jesteśmy powołani do tego, by być pomostem między chrześcijaństwem a judaizmem, między kulturą chrześcijańską i katolicką a kulturą Izraela. Jesteśmy tym wyjątkowym połączeniem w ciele Kościoła, który ma bezpośredni kontakt ze społeczeństwem izraelskim, z kulturą izraelską, tak kwestionowaną dziś z powodu tych nieustannych wojen. Nasi wierni są w pełni częścią społeczeństwa izraelskiego; są obywatelami Izraela i mówią po hebrajsku, ale jednocześnie są pełnoprawnymi członkami Kościoła katolickiego. Te dwa światy spotykają się w nas, ze wszystkimi ich sprzecznościami i złożonością. Nasi księża przyjaźnią się z rabinami, wspólnie świętujemy, prowadzimy dialog. Nie jest to dialog teoretyczny – to codzienne życie. Głęboko wierzę, że kontakt, wzajemne poznanie są drogą do przezwyciężania uprzedzeń.

Spotkanie z młodzieżą

W tej relacji ze światem żydowskim, jak podchodzicie do kwestii nawrócenia i prozelityzmu?
Z wielkim szacunkiem. Historia relacji między Kościołem a judaizmem jest z pewnością złożona i bolesna, i jesteśmy tego świadomi. Jeśli przychodzi do nas Żyd, nie uprawiamy prozelityzmu. Wręcz przeciwnie, często zachęcamy go do ponownego odkrycia własnej tradycji, zachęcamy go przede wszystkim do uczęszczania do synagogi i odkrycia na nowo swojej religii. Jednak jeśli ktoś, dobrowolnie, po przebyciu drogi, prosi o chrzest, nie możemy zamknąć przed nim drzwi. To kwestia wolności i szacunku. Dlatego w naszej wspólnocie są również Żydzi, którzy przeszli na katolicyzm.

Wrócił Ksiądz do Izraela dokładnie w czasie, gdy wielu opuszczało kraj, w szczytowym momencie konfliktu. Dlaczego?
Byłem w Polsce, gdzie otrzymałem nagrodę od Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, wyróżnienie przyznawane osobom zaangażowanym w działania na rzecz pokoju i dialog między religiami. Gdy tylko Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały Iran, i wybuchły reperkusje, które nie oszczędziły terytorium Izraela, natychmiast podjąłem próbę powrotu. Choć nie było to łatwe, musiałem wracać przez Egipt, przekraczając granicę pieszo, a następnie podróżując autokarem. Zrobiłem to, ponieważ Izrael jest moim domem; mój naród jest tutaj. Po przyjeździe zastałem wspólnoty odprawiające msze św. w schronach, pod ziemią. I wciąż trwała modlitwa. Ludzie potrzebują nadziei i znajdują ją w modlitwie i we wspólnocie.

Co to znaczy doświadczać wojny z tej wyjątkowej perspektywy?
To znaczy widzieć z bliska konkretne cierpienie. Odwiedziłem jedną z naszych rodzin w Beer Szewie, która ucierpiała w wyniku bombardowania: dzieci były w traumie, matka przerażona. W takich chwilach rozumie się, że ból nie ma flagi. Łzy matki są zawsze takie same, niezależnie od tego, czy jest Palestynką, Izraelką, muzułmanką, żydówką czy chrześcijanką. Największym ryzykiem jest dehumanizacja drugiego człowieka: kiedy to się dzieje, przemoc staje się łatwiejsza. Na tym polega nasze zadanie w Kościele, z Kościołem: budować pokój w dialogu z innymi, w naszych codziennych relacjach.

Jak przeżywacie swoją relację z arabskimi katolikami, którzy stanowią większość chrześcijan w Ziemi Świętej?
Z wielką wrażliwością i szacunkiem. Rozumiem ich strach, cierpienie, a także nieufność. Nie jest powiedziane, że nas przyjmą. Jednak właśnie dlatego szukamy okazji do spotkań, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Świętujemy razem, po hebrajsku i arabsku, śpiewamy razem. Nie jesteśmy tacy sami, mamy różne historie i wrażliwość, ale jesteśmy zjednoczeni w Chrystusie. Kościół prosi nas, byśmy właśnie o tym dawali świadectwo, to jest wielki cud chrześcijaństwa.

CZYTAJ TAKŻE: Roszczenie zastąpienia człowieka

Czego Kościół powszechny może nauczyć się na podstawie waszego doświadczenia?
Tego, że jego korzenie tkwią tutaj, w Jerozolimie, w narodzie Izraela. Istniejemy również po to, by o tym przypominać. Jest nas mało, bardzo mało, ale nasza obecność mówi, że ta więź jest żywa. I mówi również, że pokój jest możliwy, jeśli zaczyna się od konkretnych, codziennych relacji, które ponownie stawiają Jezusa Chrystusa, umarłego i zmartwychwstałego dla nas wszystkich, w centrum, bez wyjątku.