Świetlica w mediolańskiej dzielnicy Corvetto

Uczą nas prosić

Czego doświadcza się przebywając z kimś, kto nic nie ma? „W spotkaniu z potrzebującymi objawia się Chrystus” – twierdzą Siostry Miłości Miłosiernej Wniebowzięcia NMP, pracujące w jednej z najtrudniejszych dzielnic Mediolanu (ze styczniowych „Tracce”)
Paola Bergamini

W mieszkaniu Giuseppe (imię zmienione) brakuje wszystkiego: wody, prądu; jedyną obfitością jest absolutne ubóstwo. Siostry Miłości Miłosiernej Wniebowzięcia NMP w Corvetto, dzielnicy na obrzeżach Mediolanu, znają go od dawna: z narkotykową przeszłością, dzwoni do nich, gdy potrzebuje pomocy, tym razem przyszedł w celu opatrzenia ran po operacji. Po zrobieniu opatrunku siostra Grazia mówi mu: „Jest o wiele lepiej, wydajesz się nawet przystojniejszy”. Mężczyzna, bardzo zaniedbany, uśmiecha się lekko, gładząc dłonią kosmyk włosów. Trwa to ułamek sekundy: „W tym jego geście poczułam czułość Pana względem mnie. Co czuł on, ogarnięty takim spojrzeniem? Pomyślałam o wszystkich tych momentach, kiedy patrzono tak na mnie”. To właśnie stanowi centrum Dilexi te, gdy Leon XIV pisze, że na troskę o ubogich należy spoglądać „w perspektywie (…) Objawienia: kontakt z tymi, którzy nie mają władzy i wielkości, jest fundamentalnym sposobem spotkania z Panem dziejów. W ubogich On ma nam wciąż coś do powiedzenia” (5).

W swoim apostolacie Siostry Miłości Miłosiernej Wniebowzięcia NMP każdego dnia mają do czynienia z takim ubóstwem, o którym mowa w adhortacji apostolskiej. „W spotkaniu z potrzebującymi, w takim stopniu, w jakim jesteśmy otwarci na Tajemnicę, objawia się Chrystus. Ponieważ człowiek, który prosi o pomoc, budzi moją prawdziwą potrzebę – mówi przełożona generalna, siostra Mariangela. – Stało się to dla mnie jaśniejsze lata temu, podczas rozmowy z księdzem Giussanim, współzałożycielem wraz z księdzem Pernetem naszego zgromadzenia. Przeżywałam trudny okres, a on powiedział mi wprost: «Idź służyć i kochaj, bo to jest droga do spotkania z Tajemnicą: do spotkania z sensem twojej osoby»”.

Czasami trudne sytuacje wydają się tak przytłaczające, że pojawia się pytanie: „Jezu, czy nie prosisz mnie o zbyt wiele? Nie wiem, co robić”. Pewnego popołudnia, podczas rozmowy, siostra Giulia powiedziała jednej matce, że bardzo martwi się o jej córkę, którą widuje w świetlicy i która jej zdaniem jest głęboko dotknięta kolejną rodzinną tragedią. Kobieta, której jedyną więzią z Jezusem była relacja z siostrami zakonnymi, odpowiedziała: „Giulio, czy jeszcze nie zrozumiałaś, że Pan daje nam tylko takie ciężary, które jesteśmy w stanie udźwignąć?”. A do swojej najmłodszej córki, zaniepokojonej, bo siostra zakonna, która jej pomagała, wyjeżdżała na misję do Brazylii, powiedziała: „Siostra Stefania jedzie robić te same piękne rzeczy, które robi tutaj; ma zadanie zlecone jej przez Boga. Nie martw się, powiedzą nam, kto się tobą zajmie”. „Te słowa były prezentem: podarowywała mi na nowo Chrystusa, który zawsze mnie zaskakuje. Często prawdziwym problemem jest bycie, a nie działanie – podkreśla siostra Giulia. – Chodzi o to, by przebywać w horyzoncie miłosierdzia, a nie dobroczynności. Coś, co pozwala mi odkryć, że «Chrystus jest sensem mojego życia» – napisał ksiądz Giussani w książce Sens gestu charytatywnego”.

„Być”, „przebywać”, dotykając „cierpiącego ciała Chrystusa” pośród ubóstwa, które jest nie tylko materialne, ale jest owocem naszego czasu. Trzy dni z matką, cztery z ojcem – tak przedstawiała się sytuacja trójki dzieci z pewnej rodziny z dzielnicy. Mimo że bardzo pragnęli dzieci, w pewnym momencie związek rodziców rozpadł się i rozstali się w bardzo brutalny sposób. Roszczenia i szantaże były na porządku dziennym. Trudna sytuacja, której dzieci doświadczały boleśnie na własnej skórze. Siostra Cristina zaczęła odwiedzać obydwa domy, pomagając dzieciom w odrabianiu lekcji i wykonując codzienne prace domowe. Kobieta obserwowała ją, aż stało się coś, co pozwoliło jej dostrzec promyk nadziei, jeśli chodzi o życie jej i jej dzieci. „Jakby się przebudziła, nie była już uwikłana w swój ból, zaczęła cieszyć się swoimi dziećmi, ich planami, pragnieniami, emocjami. Dostrzegła drogę, na nowo przybliżyła się do Kościoła i sakramentów poprzez szkołę dzieci, które widząc, jak ich matka zaczyna żyć na nowo, wyrwały się z kokonu swoich problemów i rozkwitły na nowo. Wyruszyły w drogę. Tam właśnie zobaczyłam Łaskę Bożą w działaniu”.

W kwestii domowej opieki pielęgniarskiej siostry zakonne są często kontaktowane przez rejonową przychodnię zdrowia, zwłaszcza w nagłych wypadkach. Pewnego ranka poproszono je o wizytę u młodej kobiety terminalnie chorej na nowotwór. Gdy tylko siostra Grazia przekroczyła próg mieszkania, krewni kobiety omal na nią nie naskoczyli. Kobieta zasłabła w łazience, a oni, ogarnięci paniką, nie wiedzieli, co robić. Siostra Grazia podeszła i spokojnie pomogła chorej, delikatnie i stanowczo wykonując wszystkie niezbędne zabiegi. Wezwana ponownie, wróciła po raz drugi, stan był coraz poważniejszy. Bratowa chorej wyznała jej: „Jestem ateistką, ale to, że jesteście, że was poznałam, musi coś znaczyć, bo od lat próbuję zbliżyć się do Kościoła”. Nawet po śmierci kobiety członkowie rodziny podtrzymują relację: jest coś więcej niż tylko wdzięczność, co przyciąga ich do tych zakonnic. Odwiedzają je w klasztorze i pewnego razu podczas obiadu, dowiedziawszy się o geście charytatywnym w sobotnie poranki podejmowanym wobec dzieci cudzoziemców, które nie mówią po włosku, zapytali po prostu: „Czy możemy pomóc? Chcemy się odwdzięczyć za to, co otrzymaliśmy”.

Dbanie o najbardziej podstawowe potrzeby chorego członka rodziny często jest testem. Może ujawnić się bezsilność w radzeniu sobie z kruchością osoby, która staje się zależna od innych we wszystkim, lub może prowadzić do odkrycia nowego i nieoczekiwanego sposobu kochania drugiego człowieka. „W naszej domowej opiece paliatywnej widziałam żony i mężów, którzy opiekując się swoimi przykutymi do łóżka małżonkami, na nowo odkryli inny rodzaj małżeńskiej intymności” – opowiada siostra Grazia. Pewnego wieczoru mąż odprowadzający ją do drzwi powiedział: „Nigdy nie pomyślałem, że będę musiał myć albo karmić żonę. A jednak nigdy jej tak nie kochałem; to właśnie ten nowy sposób kochania mnie zadziwia. Teraz moje jedyne pytanie brzmi: «Panie, co chcesz mi powiedzieć w tej sytuacji?»”. „Wychodząc, zadałam sobie pytanie: czy taką samą opieką otaczam osoby wokół mnie w klasztorze?” – wspomina siostra Grazia. Rozbrzmiewają echem słowa adhortacji: „Jest to zaskakujące doświadczenie potwierdzone przez tradycję chrześcijańską, które staje się prawdziwym punktem zwrotnym w naszym życiu osobistym, kiedy zdajemy sobie sprawę, że to właśnie ubodzy ewangelizują nas. W jaki sposób? W milczeniu swojej sytuacji stawiają nas wobec naszej słabości. (…) Ujawniają oni naszą kruchość i pustkę życia, które wydaje się chronione i zabezpieczone” (109).

CZYTAJ TAKŻE: Aleppo. „Punkty światła pod bombami”

W świetlicy i w innych formach pomocy dla dzieci i młodzieży razem z siostrami zakonnymi pracuje kilku wychowawców. Wśród nich jest Dario (imię zmienione), który twierdzi, że jest niewierzący. Pewnego dnia zatrzymał siostrę Cristinę: „Widzę tu coś, czego nie potrafię wytłumaczyć i czego nigdy wcześniej nie widziałem. Młodzi ludzie, którzy po latach rozłąki wracają do was, kiedy tego potrzebują. Równie dobrze mogliby zwrócić się do innych, ale nie robią tego. Jest jakaś historia, coś, co pozostaje w środku”. Obserwowanie ich w działaniu, słuchanie ich opowieści pozwala zobaczyć na własne oczy, jak „praktykowanie miłosierdzia (…) [jest] żarliwym centrum misji Kościoła” (15). Czymś, co dotyczy ich i wszystkich.