Mój pokój

Dieudonné Nzapalainga, młody kardynał z Afryki Środkowej, znany na całym świecie ze swojej pracy w okolicznościach toczącej się wojny, będzie jednym ze świadków wydarzenia w Rimini (z lipcowo-sierpniowego „Tracce”)

Pewnego ranka grupa rebeliantów Seleka puka do arcybiskupstwa Bangi, stolicy Afryki Środkowej. W mieście panuje panika. Kto może, ucieka, aby ocaleć. Arcybiskup przyjął ich osobiście. Na ramieniu mają karabiny i granatniki. „Jestem arcybiskup Dieudonné Nzapalainga. Moim zadaniem jest mówienie o Bogu i głoszenie pokoju. To właśnie robię w tym kraju, zarówno wobec waszych przełożonych, jak i wrogów. Teraz przejęliście władzę. Macie to, czego chcieliście. Nie wiem, dlaczego tu przyszliście”. Wystarczyłby ostrzał z kałasznikowów i wszystko byłoby skończone. Zauważa, że jeden z mężczyzn nosi gris-gris, typowy amulet, z którym często obnoszą się muzułmanie. Arcybiskup przeszukuje kieszeń i wyjmuje różaniec: „Spójrz, przyjacielu: to jest mój gris-gris. Ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, które gris-gris jest silniejsze: moje czy twoje”. Odkłada różaniec do kieszeni i dodaje: „Tutaj jest dom Boży. Nie chcę, żeby lała się krew. Wyjdźcie! Wychodźcie wszyscy!”. Zabrali się i odeszli. Dieudonné Nzapalainga, urodzony w Afryce 55 lat temu, jest człowiekiem, zdolnym uzyskać przewagę nad grupą rebeliantów.
Był rok 2013, w międzyczasie otrzymał purpurę z rąk papieża Franciszka. Urodzony w bardzo biednej rodzinie, jako chłopiec wstąpił do seminarium duchownego Kongregacji Ducha Świętego. W 2009 roku został mianowany administratorem diecezji Bangi, której zwierzchnicy zostali oddaleni przez Watykan z powodu różnych skandali. Jego imię stało się znane na całym świecie, kiedy z imamem i protestanckim pastorem z Bangi zaprosił z wizytą do kraju papieża. A Franciszek, ku zaskoczeniu wszystkich, przyjął to zaproszenie. Jest to jedna z niezapomnianych podróży tego pontyfikatu.

Zakonnik, biskup, kardynał, człowiek pokoju i ekumenizmu. Kim jest Dieudonné Nzapalainga?
Jestem biedakiem, synem biedaków, urodzonym i dorastającym w biednym kraju. I na mnie, tak jak na Matkę Bożą, skierował swój wzrok Bóg. Moje imię niesie dwukrotnie odciśnięte to spojrzenie: Dieudonné po francusku oznacza „podarowany przez Boga”, natomiast Nzapalainga w języku sango oznacza „tylko Bóg wie”, które to zdanie powtarzał także mój ojciec tym, którzy, zanim się urodziłem, pytali go, jak to możliwe, że zmarł mu mały synek.

Zobowiązujące imię.
Tak, ale także ważna racja, aby być szczęśliwym, bo szczęście znajduję w Bogu, który dał mi wszystko, co mam.

Tytuł książki Księdza Kardynała brzmi La mia lotta per la pace („Moja walka o pokój”). Czym jest dla Księdza Kardynała pokój?
Kiedy pochodzi się z kraju znajdującego się w stanie wojny, rozumie się to lepiej. Dla mnie pokój jest tym, co wypływa z życia Bożego, a do nas wierzących dociera przez Jego Syna. „Pokój zostawiam wam, pokój mój wam daję” – mówi Jezus. Ale mówi to po przejściu wielkiej próby krzyża. Ten, kto jest Jego przyjacielem i cieszy się Jego miłością, sam jest wezwany do kochania. Komunia rodzi się z życia w Jego obecności. Kiedy odrywamy się od Niego, brakuje pokoju. Rozpoczyna się wojna.

Jak Ksiądz Kardynał sam to opisuje, wojna niekoniecznie wiąże się z używaniem broni.
Tak, nawet kraj, który nie znajduje się w stanie wojny, może być rozdarty. To diabeł przynosi podział. Bycie odmiennymi jest dobrem. Ale nadchodzi czas, kiedy trzeba negocjować, dojść do kompromisu między różnymi stanowiskami. W przeciwnym razie ryzykuje się, że wszystko będzie kręciło się w kółko. Trzeba zjednoczyć serca i umysły, ale jest to niemożliwe, jeśli nie patrzy się sobie w twarz i nie mówi się prawdy. Tylko w ten sposób przeważa dobro wspólne, a nie interes partykularny. Broń niszczy i zabija, ale także słowa i gesty są w stanie oddalić pokój. Dlatego potrzebny jest proces wychowawczy, aby nauczyć się współpracować z drugim, zamiast próbować go zmiażdżyć. A drugiego miażdży się także ideami: mój punkt widzenia liczy się bardziej niż innych. Pokusą jest także posługiwanie się brutalnymi środkami, aby narzucić to, co uważam za słuszne, tymczasem także od młodszego może pochodzić coś dobrego. Trzeba nauczyć się słuchać i próbować zobaczyć i docenić to, co dobrego znajduje się w kimś różniącym się ode mnie. Dotyczy to tego, co się dzieje w rodzinie, we wspólnocie lub w całym kraju.

Papież Franciszek w Bangui, gdzie otworzył Jubileusz Miłosierdzia, w listopadzie 2015 r. © Gianluigi Guercia/AFP/Getty Images

Mówi Ksiądz Kardynał, że pokój buduje się na prawdzie i kompromisie. Ale czy można iść na kompromis w kwestii prawdy?
To zależy od tego, co rozumiemy przez „prawdę”. Kim jestem, żeby powiedzieć: „Trwam w prawdzie, a drugi tkwi w kłamstwie?”. To właśnie zdrowy rozsądek pozwala na wzajemne zrozumienie. W przeciwnym razie dominuje prawo silniejszego. Tymczasem u tego, kto jest inny ode mnie, może zrodzić się wspaniały pomysł, który rozjaśni sytuację. Duch tchnie tam, gdzie chce, a my za nim podążamy. Kiedy mówię o „kompromisie”, rozumiem go w pozytywnym sensie: to, co pozwala osiągnąć dobro wspólne. Ale mówię też, że prawda jest najważniejsza. A dla mnie prawdą jest Chrystus. To On pozwala mi wejść w relację, skorygować się, utożsamić się z racjami drugiego człowieka. W przeciwnym razie nie trwam w prawdzie, ale staram się narzucić własny punkt widzenia.

Dlaczego konieczna była współpraca z przywódcami innych religii?
Wcześniej mówiłem o zdrowym rozsądku, który jest wspólny dla wszystkich. Wszyscy są zdolni do inteligencji. Nie sądzę, żebyśmy mieli wyłączność na Ducha Świętego – On tchnie w serce i umysł tego, kto poszukuje prawdy. Dlatego mogę się uczyć od imama lub protestanckiego pastora. To Bóg oświeca umysły. Kiedy wybuchła wojna w 2013 roku i wydawało się, że chciano użyć religii dla usprawiedliwienia przemocy, ja, imam Omar Kobine Layama i pastor Nicolas Guerekoyame-Gbangou usiedliśmy przy stole i powiedzieliśmy sobie: musimy ratować życie wszystkich. Jeździliśmy po całej Afryce Środkowej, próbując przypominać, że wojna nigdy nie może być usprawiedliwiona racjami religijnymi.

W końcu zostaliście wspaniałymi przyjaciółmi. Czego nauczył się Ksiądz Kardynał od imama Omara i pastora Nicolasa?
Od imama nauczyłem się wielkiej prostoty. Był taki moment, kiedy musiałem pomóc mu opuścić dom, który przestał być bezpiecznym miejscem. Poszedłem go zabrać w szaleńczym pośpiechu, aby zawieźć go do arcybiskupstwa. Gdy wsiadał do samochodu, zdałem sobie sprawę, że nie zabierał ze sobą nic. Powiedziałem mu: „Proszę coś wziąć, nie wiemy, ile to potrwa”. Wszedł z powrotem do domu i wyszedł z Koranem w ręku i matą do modlitwy. To uznawał za konieczne do życia. Kilka dni później jego dom został splądrowany i zniszczony. Od pastora nauczyłem się natomiast słuchać ludu, decydować, dokonując syntezy z poszanowaniem potrzeb wspólnoty. To jest coś, do czego my, katoliccy biskupi, nie jesteśmy przyzwyczajeni.

Przed wojną musiał Ksiądz Kardynał radzić sobie z poważnym kryzysem w swojej diecezji. To także, jak opowiada Ksiądz Kardynał w książce, było polem bitwy… Co pomaga jedności we wspólnocie chrześcijańskiej?
Przychodząc na świat, Jezus wybrał ludzi z ich ograniczeniami i grzechami. A w swojej ostatniej mowie, modlitwie kapłańskiej, mówi: „Ojcze Święty, zachowaj w swoim imieniu tych, których mi dałeś, aby stanowili jedno, jak my stanowimy jedno”. Wiedział, że jedność nie będzie automatyczna, że będą podziały. I modlił się. Modlitwa ma siłę zjednoczyć serca. Dlatego jest to ważne, aby przyjaciele Boga, gdy znów się spotkają, stawiali modlitwę w centrum swojego zaangażowania, prosząc o dar jedności. Ale trzeba zawierzać to, co staramy się robić, ostatnie słowo należy do Niego, to On może dotknąć serc i je zmienić. Pasterz jest jak ojciec i matka, którzy czekają na przemianę syna. Jest to wielka praca i nawet Chrystus musiał prosić Ojca, aby tak się stało.

CZYTAJ TAKŻE: WESTCHNIENIE NIESKOŃCZONOŚCI

Ksiądz Kardynał zaryzykował swoje życie dla misji. W swojej autobiografii powtarza Ksiądz Kardynał kilka razy: „Jeszcze nie nadeszła Moja godzina”.
Jezus okazywał wielką determinację i wolność w wychodzeniu na spotkanie swojemu przeznaczeniu i oddawaniu życia, swojego ciała, dla zbawienia wszystkich ludzi. Oddaje swoje życie, ponieważ kocha. Miłość jest otwartością, jest darem dla drugiego. Bałem się wielokrotnie. Byłem w miejscach, z których nie wiedziałem, czy wrócę. Moja mama dzwoniła do mnie i prosiła, żebym nie jechał. Przekazywała mi swój strach. Pewnego dnia powiedziałem jej, żeby do mnie nie dzwoniła i po prostu się modliła. To był moment wyzwolenia, zarówno dla mnie, jak i dla niej. Ponieważ moja misja jest darem z siebie, jest to misja miłości i jeśli zamieszkuje w tobie to pragnienie miłości, idzie się do przodu z jasnością i determinacją. Chrystus pokonał śmierć, życie nie kończy się wraz ze śmiercią. Taka jest prawda, którą pragnę głosić wszystkim. Czuję się jak Piotr idący po wodzie do Jezusa; kiedy przestaje na Niego patrzeć, zaczyna tonąć. Mam wzrok utkwiony w Chrystusie, to daje mi odwagę, siłę, dynamizm, aby iść dalej. Jestem tylko narzędziem dla zbawienia ludzi”.