Punkt wyjścia

Notatki z rozmów księdza prałata Luigiego Giussaniego ze studentami ruchu Comunione e Liberazione zamieszczonymi w zbiorzez wydanym przez redakcję "Il Sabato" jako załącznik do nr 52-53 z grudnia 1988 pod tytułem "Si ricomincia da Uno"

Notatki z rozmów księdza prałata Luigiego Giussaniego ze studentami ruchu Comunione e Liberazione. Problem jaki podejmujemy, to próba zrozumienia przeciwstawienia jakie istnieje pomiędzy dwoma słowami: obecność i utopia.

Problem jaki podejmujemy, to próba zrozumienia przeciwstawienia jakie istnieje pomiędzy dwoma słowami: o b e c n o ś ć i u t o p i a. Losy naszej wspólnoty i skuteczność jej oddziaływania wewnątrz uniwersytetu i w łonie społeczności zależą od obecności, której sprzeciwia się pokusa utopii.

1. Obecność to urzeczywistnienie się Komunii. Zauważmy przede wszystkim, że nasza obecność na uniwersytecie nie może być obecnością reaktywną. Reaktywna – znaczy podyktowana posunięciami wroga, a więc: podejmowanie inicjatyw, wygłaszanie przemówień i posługiwanie się narzędziami, których źródłem byłaby nie nasza nowa osobowość, lecz postawa, słowa, narzędzia i sposób postępowania przeciwników, a więc próbujących tworzyć ludzki świat, nie bierzmy tu pod uwagę ich intencji, bez Chrystusa, czyli obiektywnie patrząc w oparciu o kłamstwo. Obecność reaktywna z konieczności popada w dwa błędy: staje się obecnością reakcyjną to znaczy ślepo przywiązaną do własnych pozycji, które są już tylko formami pozbawionymi dającym im życie treści, motywacji i korzeni; reakcjonista jest zawsze w jakimś stopniu formalistą. Obecność reaktywna, jeśli nie staje się reakcyjną popada w przeciwną skrajność: Przeradza się w naśladowanie innych, co stanowi pierwsze i podstawowe ustępstwo wobec nich, jest grą na wyznaczonym przez nich polu i według podyktowanych przez nich reguł.

Potrzeba więc o b e c n o ś c i o r y g i n a l n e j, właściwej nam; prawo istnienia i działalności wszędzie płynie z tego kim jesteśmy, nie z naśladownictwa sposobu działania innych.

Obecność jest oryginalna wówczas, gdy rodzi się i ma swą konsystencję w świadomości własnej tożsamości i przywiązaniu do niej. Tożsamością jest wiedzieć kim jesteśmy i po co jesteśmy, wiedzieć z poczuciem godności dającym nam prawo nadziei, że z naszej obecności wyniknie „coś” dla naszego życia i dla życia świata.

Kim więc jesteśmy, by mieć prawo do tej nadziei, bez której nasze życie staje się albo podłym drobnomieszczaństwem, którego najwyższym kryterium jest zabezpieczenie się przed ryzykiem, albo mętnym niezadowoleniem łatwo przeradzającym się w narzekanie lub oskarżanie innych?

„Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie” (Gal 3, 26-28).

Nigdy nie cytowałem wcześniej żadnego fragmentu prócz jednego jeszcze: „I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy” 9Mt 19, 29). Jak więc utożsamiliście się z Chrystusem: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał” (J 15, 16): jest to wybór obiektywny, którego nie wydrzesz, przeniknięcie twego bytu nie zależące od ciebie i któremu nie można się opierać. Wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni, utożsamiliście się z Chrystusem i dlatego nie ma już między wami żadnej różnicy, „ani Żyda ani poganina, ani niewolnika ani człowieka wolnego, ani mężczyzny ani kobiety”; to właśnie jest tożsamość: „wy wszyscy jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie”. List do Efezjan mówi dosłownie: „jesteście nawzajem dla siebie członkami” (Ef 4,25).

Rzucam wyzwanie: znajdźcie sformułowanie pod względem kulturowym bardziej rewolucyjne od tego pojmowania osoby, w którym jej znaczeniem i konsystencją jest jedność z Chrystusem, z tym Innym, a poprzez to jedność ze wszystkimi, których On ogarnia, z wszystkimi, których Ojciec oddaje Mu w ręce. Naszą tożsamością jest być utożsamionym z Chrystusem; to jest wymiar, który stanowi moją osobę: Chrystus określa moją osobowość i z tego względu wy – wy uczynieni z Niego, z koniecznością wchodzicie w wymiar mojej osobowości. To właśnie jest „nowe stworzenie” pięknego zakończenia listu do Galatów (Gal 6, 15), początek nowego stworzenia, o którym mówi w swoim liście św. Jakub (Jk 1, 18)

„…tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara” mówi św. Jan w pierwszym swoim liście (1 J 5,4): wiara zwycięża świat, to znaczy okazuje się być prawdą w porównaniu ze wszystkimi ideologiami i koncepcjami, w porównaniu ze wszystkimi rodzajami ludzkich odczuć ponieważ jest prawdą strukturalną, dla której został stworzony świat, prawdą, która objawi się i zapanuje u kresu. Lecz równocześnie jest ona czynnikiem przynaglającym historię i katalizatorem dobra w świecie pozwalającym temu światu być bardziej ludzkim. Wszędzie i zawsze to jest nasza tożsamość niezależnie od tego czy jesteś sam w swoim pokoju, czy uczymy się trójkę, czy w czwórkę jesteśmy na uniwersytecie, czy jest nas dwudziestu w stołówce. Problemem jest więc samoświadomość, treść świadomości samego siebie; „Żyję już nie ja, to Ty żyjesz we mnie” (por. Gal 2,20).

To jest prawdziwy nowy człowiek, nowy człowiek w świecie, człowiek o jakim marzył Che Guevara, będący kłamliwym pretekstem rewolucji kulturalnych jakimi władza próbuje chwycić w rękę naród, aby ujarzmić go w myśl swojej ideologii, taki człowiek rodzi się w świecie przede wszystkim nie jako spójność moralna, lecz jako nowa samoświadomość. Tak więc nasza tożsamość objawia się w nowym doświadczeniu wewnątrz nas i pomiędzy nami. Jest to nowe doświadczenie przywiązania do Chrystusa i do tajemnicy Kościoła odnajdujące najbardziej wyrazisty konkret w naszej jedności. Tożsamość jest więc żywym doświadczeniem rzeczywistości wewnątrz nas i poza nami: przywiązaniem do Chrystusa i do naszej jedności.

W używanym przez nas języku słowo przywiązanie jest największym i najbardziej bogatym w treść i bardziej oznacza przylgnięcie rodzące się z osądu wartości, z uznania tego co jest w nas i pomiędzy nami niż jakąś łatwość uczuciową, przelotną i niestałą jak liść na wietrze. Z upływem czasu to przylgnięcie się pogłębia i umacnia w wierności temu osądowi, czyli w wierności wierze: „Ale to wszystko co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem nawet wszystko uznaje za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Jezusa Chrystusa, Pana mojego. Dla niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze” (Flp 3, 7-9).

To żywe doświadczenie Chrystusa i naszej jedności jest miejscem nadziei, a dzięki temu źródłem smaku życia, a więc możliwością radości, która by trwać nie musi niczego zapominać i niczego się wyrzekać; jest możliwością odzyskania pragnienia przemiany własnego życia, tęsknoty do tego by życie stało się spójne, przemienione mocą tego czym jest w swej istocie, by stało się bardziej godne Rzeczywistości jaką z sobą niesie.

We wnętrzu doświadczenia Chrystusa i naszej jedności kryje się żywe dążenie do przemiany własnego życia nieustannie pobudzane przez tę nową świadomość; a ponieważ nie chodzi tu o prawo, które trzeba zachować, lecz o miłość do której trzeba wciąż dorastać, o obecność za którą coraz bardziej trzeba całym sobą podążać, jest ono czymś przeciwnym moralizmowi, jest faktem w który rzeczywiście można się zanurzyć. „Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty” (1J 3,3). Jeszcze żarliwiej wyraża to list do Filipian: „Nie mówię, że już to osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę abym też to zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa” (Flp 3,12). Tak więc pragnienie przemiany siebie, spokojne, zrównoważone lecz równocześnie pełne pasji, staje się rzeczywistością każdego dnia, miłością prawdy własnego istnienia pozbawioną choćby cienia pietyzmu i moralizmu; jeden z wam latem pisał do mnie – pragnienie piękne lecz dokuczliwe jak łaknienie.

Te pobożne obserwacje dotykają serca tych spośród was, którzy rozpoczęli już wędrówkę ta drogą. Jest to w istocie rzeczy to samo co w prologu „Zwiastowiani” Piotr di Craon, geniusz ludowy, budowniczy katedr noszący w sobie i wyrażający znaczenie i los ludu mówił do Violaine, która kochał całą mocą swojej potężnej osobowości, która była ludową pięknością, gdy wołał „Żyję w progach śmierci a jest we mnie jakaś niemożliwa do wyjaśnienia radość”. Piotr di Craon wypowiada coś, co wielu z nas zaczęło już odczuwać, a co jest już częścią tego nowego doświadczenia: żyję w progach śmierci, w progach kłamstwa, które jest czymś gorszym od śmierci fizycznej, w progach zła i bólu, w progach czegoś nieludzkiego, a jednak jest we mnie jakaś niewyrażalna radość.

Nie my jednak budujemy tę obecność, jesteśmy jeszcze tacy pogrążeni w zamęcie. Jeśli trzymamy się razem to tylko dzięki odczuciu jakichś zaczątków prawdy, która uderzyła nas w chwili spotkania wspólnoty.

To co nas jednoczy, choć jest mocne, to jednak jest małe i zaczątkowe ponieważ zrodziło się z wrażenia wywołanego w nas przez ton prawdy przeżytego spotkania: wszystko dopiero się zaczyna i powinno dojrzewać, gdyż w przeciwnym razie Pan może pozwolić na zniszczenie tego przez burzę świata. Nadszedł moment, w którym nie możemy już tak dłużej trwać, nie jesteśmy już w stanie po chrześcijańsku sprostać tej olbrzymiej górze pracy, odpowiedzialności i trudów do jakich zostaliśmy wezwani. Nie można zespolić ludzi poprzez podejmowanie inicjatyw; tym co ludzi zespala jest prawda obecności dana przez to co już wspomnieliśmy, przez wewnętrzną Rzeczywistość, którą niesiemy: Chrystusa i Jego tajemnicę, która stała się widzialna w naszej jedności. Tak więc pogłębiając ideę obecności musimy na nowo określić naszą wspólnotę. Wspólnota nie jest zgromadzeniem ludzi mających podjąć jakieś inicjatywy i nie jest usiłowaniem powołania do życia organizacji partyjnej; wspólnota jest miejscem skutecznego budowania naszej osoby, dojrzałości wiary. Celem wspólnoty jest rodzenie dojrzałych w wierze, świat potrzebuje dojrzałych w wierze, a nie fachowców, dzielnych nauczycieli czy kompetentnych pracowników, ponieważ tych ostatnich jest w społeczeństwie pełno, lecz jeśli chodzi o ich zdolność twórczą człowieczeństwa można mieć poważne wątpliwości.

Metodę, dzięki której wspólnota zdolna jest stać się miejscem budowania dojrzałości wiary osoby wyraża pierwsze, użyte w historii naszego Ruchu słowo: „iść za”. Powtarzamy je ciągle, lecz zapomnieliśmy już jego treści ponieważ nie wypowiadamy go poważnie. Bóg, Stwórca i Odkupiciel, aby umożliwić człowiekowi wzrost, w naturalnej oryginalności i tajemnicy przyniesionego przez Chrystusa nowego życia, posłużył się metodą naśladowania. „Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sicie i poszli za Nim” (Mt 4, 18-19). Dwaj uczniowie usłyszeli jak [Jan] mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi! – to znaczy Nauczycielu – gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im: Chodźcie a zobaczycie” (J 1, 37-39).

Iść za oznacza utożsamienie się z przeżywającymi wiarę z większą dojrzałością, oznacza zaangażowanie się w żywe doświadczenie przekazujące ci swój dynamizm i smak; i to nie za pośrednictwem twoich przemyśleń, nie w rezultacie zastosowania logiki, lecz ten dynamizm i smak przenika w ciebie jakby w wyniku ciśnienia osmotycznego; to serce udziela się twemu sercu, serce kogoś innego zaczyna bić wewnątrz twego życia.

NB. Z tego rodzi się podstawowe pojęcie naszej pedagogii autorytetu. Autorytet stanowią dla nas ci, którzy swoim sercem, swoim dynamizmem i swoim smakiem zrodzonymi z wiary, nas angażują. Tak więc rzeczywiste posiadanie autorytetu jest definicją przyjaźni. Prawdziwą przyjaźnią jest głębokie towarzyszenie twemu ostatecznemu przeznaczeniu; przeznaczeniu twojej twarzy; prawdziwa przyjaźń nie jest kwestia temperamentu – może przecież być ktoś bardziej wylewny, a ktoś inny bardziej powściągliwy i ostrożny – prawdziwą przyjaźń odczuwa się w głębi serca i geście obecności.

Nasze drobnomieszczaństwo widać gołym okiem. Jest nim brak radykalizmu w pojmowaniu więzi z Chrystusem; gdybyśmy pojmowali naszą więź z Chrystusem radykalnie, stałaby się ona kryterium osądu tego kim jesteśmy, tego co robimy, życia wspólnoty, informacji prasowej, środowiska uniwersyteckiego, wszystkiego. Ten osąd przypomniałby prace pługa rozrywającego ziemie, by umożliwić przeniknięcie w nią ziarnu i wydanie owocu: sądem Boga jest zrodzona przez Ducha odnowa a ostatecznym sądem Boga nad światem jest Niebo. Jest rzeczą konieczną byśmy zaczęli wiarę traktować poważnie jako rzeczywistość wpływająca na konkretne życie, na posiłek i gaszenie pragnienia i to w taki sposób byśmy zdolni byli dostrzec tożsamość wiary człowieczeństwem, które staje się bardziej prawdziwe, ponieważ osiąga prawdziwe proporcje swego przeznaczenia. Tak więc na przykład staje się prawdziwym związek pomiędzy mężczyzną a kobietą przezywany w radykalności więzi z Chrystusem, w duchu wiary; jasnym staje się wówczas jego wymóg prawdy i jedności, wierności i trwania w czasie; jesteśmy więc przeciw rozwodowi ponieważ jest on kłamstwem dotyczącym zdolności miłości. I tak, życie podjęte w duchu radykalizmu wiary jest pełne szacunku dla osoby i godności jej przeznaczenia: jesteśmy więc przeciw poronieniu, ponieważ życie ludzkie trzeba szanować w pełni, także wtedy gdy jest jeszcze ukryte w łonie matki…

To wszystko winno się w nas stać prawdą, a czas właśnie po to jest nam dany; szukanie prawdy jest przygodą dzięki której czas stał się historią, wspominał już o tym św. Paweł przemawiając do mędrców Aeropagu wskazując na to, że jedynym sensem wędrówek narodów – wówczas było to przemieszczenia terytorialne dziś przemiany ideologiczne – jest poszukiwanie Boga „niejako po omacku” (Dz 17, 26-28). Jeśli wrócimy w przemyśleniach do tych punktów zrozumiemy również konkretnie nasz wybór metodologiczny: musimy być obecnością, musimy budować tę cześć nowej ludzkości w drodze, tam gdzie jesteśmy. Po to istniejemy i po nic innego, bo aby być inżynierami, lekarzami, ojcami i matkami rodzin nie potrzebowalibyśmy tego tajemniczego wydarzenia, które nas przeniknęło.



2. Pokusą zagrażającą nam jest utopia. Przez utopię rozumiem coś, czego obraz i schemat wartości stworzyliśmy sami, a czego realizację w przyszłości uznajemy za dobra i słuszną. Chcę tu nawiązać do historii naszego Ruchu. Ostatnie dziesięć lat przeżyliśmy przytłoczeni prowokacją społeczną i polityczną co sprawiło, że powoli zsunęliśmy się do punktu pokładania naszej nadziei i naszej godności w projekcie stworzonym przez nas, nie wyrażającym jednak odpowiadającego temu pogłębieniu życia. Początek naszego Ruchu ma poważne znaczenie; aby zrozumieć historię trzeba sięgnąć do jej początków. W 1954 nagle weszliśmy do szkoły państwowej, która wówczas nie była jeszcze marksistowska, choć już w wielu miejscach marksiści tworzyli klimat, była jednak w zasadzie szkołą liberalną, a więc laicką i antychrześcijańską, jak szkoła marksistowska będąca jej bezpośrednią konsekwencją. Weszliśmy nie szukając dla szkoły programu alternatywnego, lecz weszliśmy ze świadomością, że wnosimy to co zbawia człowieka także w szkole, co czyni człowieka prawdziwym i autentyczne poszukiwanie prawdy, to znaczy Chrystusa w naszej jedności. I zdarzyło się, że mocą tej pasji urzeczywistniliśmy nową interpretację, którą wówczas nazywaliśmy rewizją treści historii, filozofii, włoskiego, co dla młodzieży stanowiło prawdziwa alternatywę interpretacji liberalno-marksistowskiej jaka wówczas panowała w klasach: zrealizowaliśmy program alternatywny nie stawiając sobie za cel jego realizacji. Naszym celem była obecność. Historia Ruchu zaczęła się chmurzyć w 63 i 64 aż w końcu nastały ciemności w 68. Były to konsekwencje tych pięciu czy sześciu lat, w których wpływ pewnych ludzi odwrócił sytuację czyniąc celem działania nie obecność w szkole lecz projekt działalności socjalnej. Zagubiła się wówczas intensywność i sama tożsamość naszej obecności; pozostała tylko pewna grupa, zesztywniała, nie wiedząca co powiedzieć; wpływ jednak decydujący na cały Ruch młodzieży uczniowskiej miał znaczenie destrukcyjne. W 68 wobec propozycji socjalnych, kulturowych i politycznych na które, biorąc pod uwagę poziom jaki się osiągnęło, nie umiało się znaleźć odpowiedzi, a które z drugiej strony przyjmowane były z ogromnym podziwem, ponieważ jedyną rzeczą jaką wówczas szanowano był projekt kulturowy i polityczny, większość się potknęła i zdradziła.

Co zdradziła? Obecność. Projekt zastąpił obecność, pokonała ją utopia. To co nastąpiło od 63-64 aż do wybuchu w 68 było procesem dostosowania się i ustępowania środowisku: obecnością reaktywną, a więc już nie obecnością prawdziwą i oryginalną.

W 69 zdarzyło się, że niektórzy, kierując się wiernością serca, odczuli i podjęli początkową ideę: my musimy być obecnością, ponieważ komunia z Chrystusem i pomiędzy nami jest wyzwoleniem, musimy więc na nowo uczynić komunię obecnością. Nacisk polityczny, kulturowy i społeczny był jednak tak przygniatający i prowokacja tak gwałtowna, ze tuż po tej słusznej intuicji mniej lub więcej przychylono się do programu alternatywnego; tym razem ze świadomością głębokiego przywiązania do tajemnicy naszej komunii, która jednak pod względem metodologicznym była jakby przysłonięta i przykryta fascynacją i pilnością projektu alternatywnego, jak gdybyśmy chcieli udowodnić, że stać nas na lepszą utopię.

Ważne spotkanie w 1973 było najmocniejszym rozwinięciem, najbardziej zrównoważonym i potężnym tego kierunku; wykazało jednak, że ten kierunek alternatywny był dostępny nielicznym, awangardzie, elicie. Tak więc piękne Dokumenty 1973 nigdy nie weszły w życie, były tylko głupio i naiwnie kopiowane, stały się pretekstem autonomicznych prób podejmowanych przez niektóre grupy.

Tymczasem historia ukazała próżność i pustkę utopii 68. gdyż to co one wzbudziły stało się narzędziem dla nowej władzy jeszcze bardziej despotycznej i równającej wszystkich. A my już dwa-trzy lata temu mówiliśmy, że pozostaliśmy jedynymi nosicielami słów 68. Ale gramy jeszcze na polu wyznaczonym przez innych. Tak więc gdy inni rozrzucali ulotki to i my sięgaliśmy po ulotki; nie znaczy to, że często tak być nie musi, ale jasny musi się stać sposób w jaki rzeczy się rodzą.



3. Nowością jest obecność jako świadomość posiadania czegoś definitywnego, wyrażający się w naszej jedności definitywny osąd świata, prawdy świata i człowieka. Nowością jest obecność jako świadomość, że nasza jedność jest narzędziem odrodzenia i wyzwolenia świata. Nowością jest obecność tego wydarzenia jakim jest nowe przywiązanie i nowe człowieczeństwo, obecność tego początku nowego świata, którym jesteśmy my.

Nowością nie jest awangarda lecz Reszta Izraela, jedność tych dla których to, co się zdarzyło jest wszystkim a którzy oczekują jedynie objawienia się obietnicy, urzeczywistnienia się tego, co w wydarzeniu jest zawarte. Nie jest nowością przyszłość jaką trzeba osiągnąć, nie jest nią projekt kulturowy, socjalny czy polityczny.

Nowością jest obecność. Obecność nie oznacza nie wyrazić się: także obecność jest formą wyrazu. Formą wyrazu utopii jest przemawianie, projekt i gorączkowe poszukiwanie narzędzi i form organizacyjnych. Sposobem wyrażenia się obecności jest czynna przyjaźń, gesty wypływające z przemienionej podmiotowości za pośrednictwem wszystkiego, w ławkach uczelni i w pracowniach, w próbach reformy uniwersytetu; są to gesty nowego podmiotu, które przede wszystkim są gestami rzeczywistego człowieczeństwa, a nawet miłości. Nowej rzeczywistości nie realizuje się wygłaszając przemówienia i wymyślając projekty organizacyjne lecz poprzez życiowe gesty nowego człowieczeństwa w teraźniejszości. Oczywiście taki gest miłości musi się stać także, na przykład, próba posłania do Rad wydziałów i administracji ludzi zdolnych wszystkim po ludzku pomóc, nie zaś awanturników politycznych lub niedorajdów itd. Podsumowując: w utopii bylibyśmy konkurencją na tym samym poziomie i ostatecznie posługując się takimi samymi, jak inni metodami; w obecności natomiast mieści się zdolność krytyczna, to znaczy zdolność sprowadzenia wszystkiego do doświadczenia komunii jaką przeżywamy, do znaczenia wypełniającej nas Tajemnicy, do znaczenia wyzwalającej Rzeczywistości. Lecz kładąc tak wielki nacisk na obecność w jaki sposób jesteśmy w stanie zaradzić koniecznościom wszystkich, jakiejkolwiek byłyby one natury, prywatne lub publiczne? W początkach obecności Ruchu w 54 było to zainteresowanie się naszymi kolegami szkolnymi i ten gest przyjaźni pozwolił nam stworzyć wielka strukturę charytatywną: w każdą niedzielę, podejmując znaczne ofiary, tysiąc osób udawało się do osad na przedmieściu Mediolanu nie po to, by realizować jakiś projekt polityczny, ale by współdzielić potrzeby. Walka o coś, co jeszcze nie istnieje jest największym złudzeniem i źródłem najstraszliwszego rozczarowania w życiu, człowiek bowiem nie jest stwórcą, człowiek współpracuje w objawieniu się tego co Bóg już uczynił, jak ziarno rozwijające się w roślinę, kwiat i owoc.

Problemem więc jest zasianie ziarna, czyli obecność. Ujawnić się może tylko to, co już istnieje: polan, projekt jest wewnątrz ziarna; wewnątrz tego co już jest, we wnętrzu tajemnicy, którą jesteśmy, a pojawi się niechybnie w swoim czasie.

Dziś bardziej niż kiedyś jesteśmy pod względem kulturowym, socjalnym i politycznym przewidujący, i to do tego stopnia, ze uważają nas za jedną z sił politycznych we Włoszech. Ale nie to jest naszą siłą, jest nią świadomość istniejącej w nas Tajemnicy; a jeśli inni nie są w stanie zrozumieć jak nam się to udaje choć nie jesteśmy tak potężni, wyposażeni w narzędzi i mocni jak inni, to tylko dlatego, że nie rozumieją tego czego nie rozumiem jeszcze nawet my sami: treści i mocy obecności. A jednak jesteśmy pod względem kulturowym i politycznym potężniejsi niż w 58 lub gdy ruszaliśmy na przedmieścia, ponieważ projekt zawarty jest w nasieniu, którym jest obecny w nas Chrystus, w nasieniu, którym jest nasza tajemnicza a rzeczywista jedność: czas wyłania ten plan. Dokładnie to przydarzyło się pierwotnemu chrześcijaństwu, które wyruszyło w świat nie po to by zmieniać filozofię, lecz aby uczynić obecnym Chrystusa poprzez współdziałanie ze wszystkimi wszystkiego także filozofii. W ten sposób w miarę upływu wieków w klasztorach, szkołach i uniwersytetach powstała nowa filozofia i nowa kultura. Tak więc obecność jest pełna wyrazu, przenika każdą sytuację i jest w jej wnętrzu; ta sytuacja jest już nasza, ponieważ jest już Chrystusowa, jest już opanowana choć na powierzchni jest jeszcze wzburzona i bluźniercza. To głębokie opanowanie sytuacji ujawni się poprzez naszą historię. Chrześcijanie byli więzieni, zabijani, spychani w cień przez okres trzech wieków: nie my wyznaczamy historii terminy; my określamy obecność, to całkowite zawierzenie Nieskończoności, którą nosimy w sobie, objawiające się bezpośrednio w postaci nowego człowieczeństwa, przyjaźni, komunii. „Nie bój się mała trzódko, Ja zwyciężyłem świat” (por. Łk 12,32). „To jest zwycięstwo, które zwycięża świat, nasza wiara”.

Czy na to, aby cały świat uniwersytecki na nowo przeniknięty został obecnością chrześcijańska nasza wiara potrzebować będzie siedmiu, ośmiu czy dziesięciu wieków? Nie jesteśmy w stanie my dokonać tych wyliczeń. Uniwersytet w budowaniu naszego podmiotu interesuje nas nie po to byśmy mogli powiedzieć „zwyciężyliśmy” czy „zwyciężamy”. Takim podmiotem jestem również ja sam jak i jedność z wami, Osoba i jedność w Chrystusie, jest nim, jak mówi o tym 37 rozdział księgi Ezechiela, dolina kości i ogarniający je Duch Stwórca; te kości poruszają się , łączą się jedne z drugimi, złączenia pokrywa ciało, ciało przenika duch: tym samym gestem i w tym samym czasie powtórnie stworzony zostaje każdy i stworzony zostaje lud. Musimy odrzucić ideologiczną interpretację życia uniwersyteckiego zmuszająca do uciążliwej i wyniszczającej pracy, przytłaczającej i gorzkiej, co sprawia, ze tylu odchodzi; nikt nie odchodzi natomiast od nowego człowieczeństwa, jeśli nie weźmiemy pod uwagę przypadku szatańskiego, wściekłego buntu. To co powiedziałem jest jedynie podkreśleniem metodologicznym, a nie odrzuceniem odpowiedzialności. Wskazałem na to, co musi się zdarzyć, byśmy mogli pracować więcej, mieć większy wpływ i to we wciąż wzrastającej radości, a nie wyniszczeniu i goryczy oddzielającej jednych od drugich. Zadaniem oczekującym nas jest wyrażenie obecności świadomej, zdolnej do krytycyzmu i systematyczności: takie zadanie wymaga pracy.

Pracą jest włączenie tożsamości w materialność życia. Mojej tożsamości – na tyle, na ile przenika ona materialność życia, to znaczy na ile jest ona obecna wewnątrz warunków egzystencjalnych, pracuje i sprawia, że na nie reaguje. Kiedy siadam za kierownicą i muszę dotrzeć gdzieś możliwie najszybciej, a na środku drogi widzę kamień zagradzający przejazd, wówczas moja „tożsamość kierowcy” staje się pracą: skręcam, staję na poboczu, chwytam za kamień i go usuwam.

To jest pierwsza rzecz jaką trzeba o pracy powiedzieć, czyli metoda jest zaangażowanie naszej tożsamości i potwierdzenie tego co w sobie nosimy. Drugą rzeczą jaką trzeba powiedzieć jest to, że cała reszta nadejdzie później. Celem z jakim idziemy na uniwersytet jest wprowadzenie na uniwersytet naszej komunii, reszta nadejdzie. „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33).

Wówczas potrafi się przyjmować fakty pogodnie (z „ironią” – w etymologicznym znaczeniu tego słowa), ponieważ wszystkie rodzące się próby bywają kruche, podległe reformom, zmienne. To co z nich wyniknie jest pogodne, pełne humoru, ponieważ pozostawia nam wolność; obecność taka jaką opisaliśmy uwalnia od nieuniknionych gdzie indziej roszczeń dotyczących kształtu jaki przyjmuje nasze działanie. Obecność działa za pośrednictwem prób ironicznych, lecz nie cynicznych; ironia jest bowiem przeciwieństwem cynizmu, ponieważ jest uczestnictwem w rzeczach, lecz z pewnym dystansem, z wizją ich kruchości i spokojnym, pełnym pasji dla istniejącego w ich wnętrzu ideału. Jesteśmy więc zdolni zmienić jutro to, czego dokonaliśmy dziś i wolni od tego co robimy i od kształtów jakie z konieczności nadajemy naszym wysiłkom.

Pracą w warunkach uniwersytetu, ogólniebiorąc, winno być ponowne określenie zadania jakie ma do spełnienia i jakim żyje uniwersytet; taka praca zalęzy od sposobu jakim nasza obecność może „zaatakaować”, w chemicznym znaczeniu tego słowa, czyli przetrawić, tym czym uniwersytet jest i celu w jakim istnieje: studia, dydaktykę, różnego rodzaju związki między ludzkie, administrację, działalność polityczną, wszystko. Trzeba będzie długiej historii na to, by to ponowne określenie dojrzało, podobnie jak to się zdarzyło chrześcijaństwu oczekującemu przez wieki na ukształtowanie się uniwersytetów; naszym programem jest jednak obecność tego kim jesteśmy, ponieważ nasz program dotyczy teraźniejszości i trzeba będzie długiej historii, aby w określonym momencie mieć zdolność ukształtować obraz na nowo, wyciągając wnioski i powiązania z naszej wierności. Ale to się stanie w swoim czasie bez jałowych i wyniszczających, nerwowych i pretensjonalnych roszczeń.

Naszym programem jest obecność tego kim jesteśmy, cząstką ludzkości ogarniętej przez Chrystusa, nowym pielgrzymującym ludem przenikniętym energią, która wskrzesiła Chrystusa. To ta właśnie energia pulsuje w historii i działając od wewnątrz (czego nam tylko jest dane widzieć znaki) prowadzi ja ku jej ostatecznemu przeznaczeniu, którym jest całkowite objawienie Chrystusa.

A czym innym jest uniwersytet jeśli nie krytycznym i systematycznym wyrazem doświadczenia ludu, lub raczej doświadczenia społecznego? Nasza obecność jest współpracą w nowym kształtowaniu uniwersytetu poprzez potwierdzenie i pogłębienie w mijającym cierpliwie czasie rzeczywistości nowego ludu. W tej pracy każda obecność i obecność każdego stanowi składnik kultury, to znaczy czynnik wpływający na nowy kształt rzeczy, mobilizujący w historii i w czasie; obecność kogokolwiek z nas, także najuboższych psychologicznie, obecność bełkotliwa i krucha pod względem umiejętności działania, nie wyrażona lub nie zdolna do wyrażenia się teoretycznie w formie słownego zajęcia stanowiska – służy sprawie.

Uniwersytet w kształcie dziś istniejącym jest krytycznym i systematycznym wyrazem doświadczenia społeczeństwa ateistycznego, głęboko przeciwnego Chrystusowi i zmysłowi religijnemu ożywiającemu ducha każdego człowieka. Dlatego też skoro naszym programem jest obecność naszego nowego ludu, naszej jedności i naszej dojrzałości wiary nie możemy zwyciężać ponieważ będziemy napiętnowani i w każdym tego słowa znaczeniu usuwani na marginesy.

Nie niszczy to jednak możliwości radosnej niezłomności charakteryzującej wiarę, ponieważ „to jest zwycięstwo, które zwycięży świat: wiara”.

Mamy tego świadomość ponieważ zwycięstwo jest już w naszym wnętrzu, a jego znakiem jest ta jedność, której świat nie jest w stanie skruszyć, której rozwoju ten przebiegły świat nie może zahamować.

Rozwiniemy w przyszłości implikacje tego programu pracy; punktem wyjścia nie jest jednak wkład, projekt czy schemat organizacyjny, lecz nowa i obecna już rzeczywistość, niech ona oświeci tęsknoty i serce człowieka: obecność nowej rzeczywistości, nieważne czy jest nas pięciu, czy pięciuset. Wszystko polega na tej rzeczywistości, którą nosimy w sobie: biada nam jeśli odtąd i w przyszłości nie pomożemy sobie wzajemnie w tym, by możliwie najmniej zdradzać.