Giulia po prawej stronie

Narodziny do nowej obecności

Związana z tą formą obecności, w której znak i Tajemnica zbiegają się. O spotkaniu w domu przy via Martinengo 16 i relacji, która przez kolejne lata stała się trwałą i wierną w każdej sytuacji, opowiada Giulia

Na wstępie opowiadania o mojej relacji z księdzem Giussanim chciałbym przytoczyć kilka jego słów, które kiedyś zacytował Julian Carrón podczas spotkania w Bari: „Chrześcijaństwo – twierdził Giussani – będąc Rzeczywistością obecną, ma za narzędzie poznania dowód doświadczenia”. „Jeśli nie jest to doświadczenie – kontynuował Carrón – które pozwala mi odpocząć, jeśli nie jest to doświadczenie, które sprawia, że odczuwam czułość wobec samego siebie, jeśli nie przekształca troski w pokój, jeśli nie pozwala mi patrzeć na drugiego człowieka w świetle tej obecności, to obecność ta nie jest obecnością, nie jest faktem”.

Dla mnie relacja, przyjaźń z Giussanim charakteryzowała się właśnie „dowodem doświadczenia”, który pozwolił mi żyć i oddychać, uznając miłość do Chrystusa za ostateczny i wszechogarniający sens mojego istnienia.

Ale zacznijmy od początku: byłam studentką pierwszego roku na Katolickim Uniwersytecie, na wydziale filozofii, i aby zarobić trochę grosza, co pozwoliłoby mi na pewną niezależność od rodziców, podjęłam pracę, łudząc się, że da się ją pogodzić ze studiami: asystowanie w klasie – i nie tylko – niewidomej nauczycielce języka włoskiego, która otrzymała etat w państwowej szkole, w gimnazjum. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że studiowanie na uniwersytecie i jednoczesne wykonywanie tej pracy jest naprawdę niemożliwe! Jedynym wykładem, na który mogłam uczęszczać było „Wprowadzenie do teologii”. Prowadził go Giussani we wtorkowe i środowe popołudnia. Tak więc podczas jednego z jego wykładów postanowiłam zaryzykować i po zakończeniu zajęć nieśmiało podeszłam do niego, pytając, czy byłby skłonny spotkać się ze mną: „Mam problem, który mnie dręczy!”. Bez wahania umówił się ze mną na następny tydzień w swoim domu przy via Martinengo 16. Nadszedł ten moment i ja, nieco podekscytowana, dotarłam na miejsce o ustalonej godzinie, w wyznaczonym dniu. Czekałam, opierając się o słup, do którego przypięłam rower. Był październik 1972 roku, a ja nie miałam jeszcze dwudziestu lat!

Po około półgodzinnym oczekiwaniu zaczęłam wyznaczać sobie czas: jeśli nie pojawi się w ciągu następnych dziesięciu minut, odejdę. Ale gdy minęło dziesięć minut, wyznaczyłam sobie kolejny czas i tak przez około godzinę! Właśnie wtedy w końcu zobaczyłam, jak wyłania się zza rogu ulicy… Gdy tylko zauważył moją obecność, rzucił na ziemię torbę, którą trzymał w prawej ręce, uderzył się dłonią w czoło i krzyknął: „Zapomniałem!!!”. Nie miało to już dla mnie większego znaczenia. Stało się i już!
Z tego pierwszego spotkania niewiele pamiętam. Jego pokój na parterze, ciasna i dość ciemna przestrzeń z podstawowym wyposażeniem: żelazne łóżko, regał z wieloma książkami, krzesło, biurko i fotel, być może wygodny, kto wie! A on od razu zaangażował się w moją historię, zdeterminowany, by jak najszybciej mnie z tego [mojego kłopotu] wyciągnąć. Pomógł mi! I to nie były tylko frazesy: w ciągu kilku dni znalazł godną zaufania osobę, która zajęła moje miejsce, pozwalając mi w ten sposób studiować na uniwersytecie w pełnym wymiarze godzin i dać z siebie wszystko.

Nie chcę pominąć pewnego szczegółu, który w sumie nie był aż takim szczegółem! Zanim pożegnałam się z Giussanim, pod koniec rozmowy, pomyślałam, że warto podzielić się doświadczeniem grupy weryfikacyjnej [Memores Domini – przyp. red.]: wyznać mu, że w każdą sobotę, od prawie roku, uczęszczałam na spotkania grupy stworzonej dla tych, którzy chcieli zweryfikować drogę poświęcenia się Bogu jako realną opcję dla swojego życia.

Spotkanie grupy Bractwa CL w Polsce (Giulia w pierwszym rzędzie, druga od lewej strony)

To był dopiero początek naszej relacji, która wkrótce stała się trwałą i wierną w każdej sytuacji przez kolejne lata. Wspomnę tylko o krótkich migawkach, które zapadły mi w pamięć na tyle, by zmienić moje spojrzenie na rzeczywistość: czy to najbliższą, czy odległą.
Giussani poznał moich rodziców, którzy w pewnym momencie zaprosili go na obiad. Jestem bardzo dumna, że mogłam mu przedstawić mojego ojca, ponieważ, jak wszystkie córki, wolałam go od mojej matki. Ale kiedy po obiedzie odprowadzałam Giusa do domu, zaskoczył mnie, mówiąc: „Jakie piękne spojrzenie ma twoja matka!”. Nigdy wcześniej tego nie dostrzegałam i odtąd nie mogłam już tego pominąć.

To samo wydarzyło się wiele lat później, kiedy – będąc już w Memores Domini – poszłam do niego, by poskarżyć się, jak uciążliwa jest moja przełożona. Zamiast udzielić mi być może zasłużonej reprymendy, powiedział, że mam całkowitą rację, ale zaraz potem rzucił mi wyzwanie, mówiąc, żebym znalazła w naszej wspólnocie inną osobę tak zdolną do życia miłością jak moja przełożona! Oto kolejna hipoteza robocza, z którą musiałam się zmierzyć.

Jest jedna rzecz, której nie mogę zapomnieć ze wszystkich moich spotkań z Giussem: nie było razu, żeby nie powierzył mi zadania, zawsze tego samego i zawsze nieodzownego! Musiałam nauczyć się patrzeć na siebie tak, jak on na mnie patrzył; to znaczy unikając wprowadzania jakiejkolwiek miary, ale skupiając wzrok na Przeznaczeniu, którym jest Chrystus.

CZYTAJ TAKŻE: Centralne miejsce żyjącego Chrystusa

W tym miejscu proponuję przywołać fragment książki Spotkanie, które rozbudza nadzieję, w którym podkreślono to, co pojawia się na ostatnich stronach: „Spotkanie to narodziny na nowo (Nikodem). Spotkanie oznacza czasem początek rozstania, ale po narodzeniu nie ma już oddalenia, rozstania, nie ma już możliwości powrotu. Jeśli to spotkanie dało ci przeczucie lub świadomość obecności czegoś innego, to znaczy, że narodziłeś się do tej nowej obecności, dla Chrystusa. Jan Paweł II napisał: „To ‘oddalenie’, które może położyć kres każdemu spotkaniu, nigdy nie kończy narodzin. Narodziny nie znają już granic ani rozdzielenia”.

Takie było moje doświadczenie z Giussanim w ostatnich latach jego życia: był już chory, nie mogłam go zobaczyć i musiałam pogodzić się z tym bolesnym postem, który okazał się jednak opatrznościowy, ponieważ zmusił mnie do tego „rozstania”, które nie zdołało podważyć narodzin, a wręcz je umocniło: nierozerwalnie związałam się z tą formą Jego Obecności, w której, jak zawsze powtarzał nam Giussani, znak i Tajemnica zbiegają się.