Bazylika Hagia Sofia w Stambule, fragment mozaiki przedstawiającej Chrystusa błogosławiącego (Unsplash/Nick Kwan)

Wdzięk tej coraz bardziej znajomej twarzy

Dzieciństwo spędzone w „małej Moskwie”, niezadowolenie z polityki oraz wiedza o Jezusie wyniesiona z katechizmu, która „wystarczała, choć pozostawała (...) obojętna”. Aż do spotkania, które zmieniło wszystko

Spotkałam Jezusa na katechezie i pamiętam, że był dla mnie kimś, o kim trzeba było się uczyć, aby móc odpowiedzieć na pytania księdza, który w ten sposób sprawdzał, czy nadaję się do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Moja mama, aby zachęcić mnie do nauki na pamięć odpowiedzi z książeczki, mówiła mi: „Pamiętaj, że jeśli nie będziesz umiała odpowiedzieć, nie będziesz mogła przystąpić do Komunii”, a ja widziałam w tym ostrzeżeniu ryzyko, że nie będę mogła założyć długiej białej sukni, którą dla mnie szyła.

Jezus był postacią podobną do tych, które spotyka się na lekcjach historii, tylko lepszą i obdarzoną większymi mocami, ale niczym więcej, a raczej… Mój tata przekazał mi jeszcze jedną pewną informację: Jezus politycznie był lewicowcem i nie znosił kapłanów. W okresie dojrzewania nauka dostarczyła mi historycznych punktów odniesienia, które pozwoliły mi uniknąć przekonania, że Jezus należał do partii politycznej; definicja z katechizmu – Jezus jest drugą osobą Trójcy Świętej, jedynym Synem Boga, który stał się człowiekiem; prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, zstąpił z nieba dla zbawienia ludzi – wystarczała mi i pozostawiała mnie obojętną.

Dorastając w dzielnicy mojego miasta znanej jako „mała Moskwa” – ze względu na miażdżące zwycięstwa, jakie Partia Komunistyczna odnosiła w wyborach regionalnych – zawsze odczuwałam niejasny niepokój w związku z praktycznymi decyzjami, wynikającymi z tamtego kontekstu kulturowego, które w jakiś sposób wpływały na moją codzienność: niepokój ten nie wynikał z moich zdolności ani szczególnej inteligencji, dziś mogę powiedzieć, że wynikał on z „łaski”. Propozycje, które otrzymywałam, aby aktywnie uczestniczyć w życiu partii, szybko mnie rozczarowywały i nieśmiało się od nich odsuwałam, nie mając nigdy odwagi, by wyrazić swoje niezadowolenie z decyzji podejmowanych przez lokalną komórkę partyjną, nazwaną imieniem mojego wuja ze strony matki, który zginął jako partyzant w obozie koncentracyjnym w Mauthausen: bałam się zostać sama, bez przyjaciół i znaleźć się z przyklejoną do siebie etykietką zdrajczyni.

Kiedy osiągnęłam wiek uprawniający do głosowania, muszę jednak przyznać, że moja rodzina pozostawiła mi swobodę wyboru i za to zawsze będę im wdzięczna. Poznanie mężczyzny, który później został moim mężem, pomogło mi zrozumieć przyczyny tego niepokoju i uwolnić się od poglądów panujących w mojej dzielnicy: on, pochodzący z Istrii, uchodźca, miał wiele do opowiedzenia o polityce partii komunistycznej, co uwolniło mnie od strachu przed moralnym szantażem. Wiedza historyczna zdobyta w szkole nie była tak jasna: na przykład o foibach [w latach 1943-45 jugosłowiańscy partyzanci i służby specjalne pod wodzą Józefa Tito wymordowały, pod pretekstem „walki z faszyzmem”, kilka tysięcy Włochów. Ciała zamordowanych wrzucano do foibe – głębokich krasowych jam na półwyspie Istria, które mają wąskie otwory wejściowe i często ponad 100 m głębokości – przyp. red.] nic nie czytałam, ani żaden nauczyciel o tym nie wspominał. Mój mąż był więc kolejnym darem, jaki Bóg zechciał ofiarować mojemu życiu i to nie tylko z tego powodu. A potem jedna łaska za drugą, które w tamtym czasie nazywałam „szczęściem”: małżeństwo, podróże, praca nauczycielki, o której marzyłam od dziecka, dwoje dzieci. A jednak ogarniały mnie liczne pytania, ujawniając głębokie niezadowolenie, którego nie potrafiłam sobie wyjaśnić i które nie miało żadnego uzasadnienia: rodzina, która mnie chroniła i kochała; bardzo kochający mąż, szczęśliwy, że może wspierać każde moje dążenie, entuzjastycznie nastawiony do życia i tego, co nam ono oferowało. Mówiłam sobie: „Czego ci brakuje?”. I nie potrafiłam odpowiedzieć.

Aż do momentu, gdy spotkałam siostrę Marię Rivę ze Zgromadzenia Cottolengo [charyzmat tego zgromadzenia koncentruje się na bezwarunkowej pomocy najbardziej odrzuconym, niepełnosprawnym intelektualnie i fizycznie, chorym i ubogim. – przyp. red.], które prowadzi przedszkole w Bernate, niedaleko mojego domu. Był to poniedziałek; pożyczyła mi książkę Dlaczego Kościół księdza Giussaniego i zaprosiła mnie na spotkanie Szkoły Wspólnoty w następny czwartek, wyjaśniając, że nad treścią tej książki pracuje grupa jej przyjaciół. Między poniedziałkiem a czwartkiem, zaciekawiona, przeczytałam ją, a raczej pochłonęłam: intuicyjnie dostrzegałam odpowiedzi na moje niezadowolenie i zastanawiałam się, jak to może być prawdą, skoro w trakcie studiów zawsze szukałam w tekstach filozoficznych prawdy o sensie mojego życia, nigdy jej nie znajdując.

Zacząłam się zastanawiać: „Kim właściwie jest ten ksiądz Giussani, który nie znając mnie, mówi o mnie z taką jasnością?”. Nie mogłam się doczekać czwartku. Spotkanie z tymi ludźmi z czasem ujawniło mi, kim byłam i czego naprawdę pragnęłam. Nie od razu, wręcz przeciwnie, pamiętam, że wydawało mi się to dziwne, niemal niepojęte, że po przeczytaniu dwóch stron poświęcali tyle czasu na refleksję. Ja wszystko rozumiałam od razu; może byłam mądrzejsza? Nie zaprzeczam, że ta myśl mi przyszła do głowy, ale Duch Święty chciał mnie tam zatrzymać i tak, wbrew temu, co byłoby logiczną konsekwencją według moich schematów myślowych – że nie warto, pójdę dalej sama: poszukam wszystkich książek tego księdza Giussaniego i zaspokoję całą swoją ciekawość – zostałam z dwóch powodów: po pierwsze, ponieważ wydawało mi się przesadą uważać się za mądrzejszą od tak wielu osób; po drugie, ponieważ w tej różnicy zachowania dostrzegałam coś nowego, czego nie potrafiłam zdefiniować ale czułam, że dotyczy mnie głęboko.

Właśnie wtedy zrodziło się we mnie nagłe pytanie: „Kim oni właściwie są?”. Stąd wzięło się moje „tak”, które początkowo odczuwałam jako ryzyko, pełne wątpliwości, ale które – gdy już je wypowiedziałam – nigdy mnie nie zawiodło, ponieważ z czasem karmiło się coraz bardziej oczywistymi dowodami, które potwierdzały jego słuszność. Było to „tak” z zawieszonym sercem, wynikające z przeczucia prawdy, które wzbudziło we mnie spotkanie z tymi ludźmi. To było jak powiedzenie: „Zgadzam się. Jeśli to prawda, będzie to spełnienie pragnienia, które zawsze mnie cechowało”, choć do tej pory nie miałam tego świadomości. Pewne jest to, że czułam się jak nowa osoba, wrzucona w rzeczywistość, która wprowadzała mnie w wizję mojego życia pełną dobrych oczekiwań, nigdy wcześniej nie rozważanych, a jednak całkowicie moich. „Tak”, które dało miejsce zdumieniu i które potwierdzało się w doświadczeniu poprzez ciągłe weryfikacje, którym rozum nie był w stanie zaprzeczyć, ponieważ uznawał je za bliskie swojej naturze. Im więcej czasu mijało, tym bardziej pragnęłam upodobnić się do tych osób: ich opinie na temat rzeczywistości otwierały mi nowe horyzonty refleksji, praktycznych wyborów, pragnień, które chciałam uczynić swoimi. Tak więc „przykleiłam się” do nich, obserwowałam ich, zadawałam wiele pytań i czekałam. Prawdziwym odkryciem, które nastąpiło wkrótce potem, było to, że dla nich Jezus był przyjacielem, na którego zawsze można było liczyć, był osobą bliską.

Kiedy ksiądz Giussani mówi o Nim i opisuje Jego relacje z apostołami, przyjaciółmi, ówczesnymi kapłanami, niewierzącymi i wrogami, objawia nam miłość do każdego z nas, którą zaczęłam odczuwać w moim sercu, w tej wspólnocie. Krótko mówiąc, nie mogłam już postrzegać Jezusa tylko jako postaci historycznej, obojętnej na moje życie, tak jak ja na Jego, ale doświadczałam Go jako obecnego i działającego razem ze mną. Jezus, poprzez tę wspólnotę, nauczył mnie rozmawiać z Nim w modlitwie, wielbić Go w śpiewie, naśladować Go, często nieporadnie z powodu moich ograniczeń, ale w miłości, a wraz z upływem czasu, rozpoznając w tym miejscu przestrzeń mojego zbawienia, która wyostrza moje poznanie: Jego oblicze staje się coraz bardziej wyraziste i pożądane.
Dlatego teraz mogę z całą pewnością powiedzieć, że znam odpowiedź na pytanie: „Kimże jest ten człowiek?”. Jest to z pewnością druga Osoba Trójcy Świętej, Jednorodzony Syn Boży, który stał się człowiekiem; prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, zstąpił z nieba dla zbawienia ludzi, ale dodam: kocha mnie niezmiernie, nie traci mnie z oczu, strzeże mnie, prowadzi mnie, pozwala mi się realizować. Codzienne oddawanie w Jego ręce moich myśli, moich czynów, moich pragnień, moich lęków, moich słabości, które On ożywia i potrafi odtworzyć, zadziwia mnie, utwierdzając mnie w radości przynależności do ludu, który Go szuka i kocha: Kościoła. Pozostaje pytanie: „Kimże ja jestem, że jestem tak bardzo kochana?”.

Maria Teresa, Arcore