Od zakochania do daru wiary

Dwoje młodych ludzi, oświadczyny i coś nieoczekiwanego: „Odkryłam, że jesteśmy kochani pomimo naszych słabości i niepewności oraz to, że nawet gdy się gubimy, to On wychodzi nam na spotkanie”

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze żyłam w głębokim przekonaniu, że nic nie dzieje się przypadkowo. Ta intuicja, to ziarno prawdy, które już wcześniej zakorzeniło się w moim sercu, znalazło żyzny grunt dzięki wspólnocie i dziś ma dla mnie wyraźniejszy sens. Dorastając w rodzinie niepraktykującej, choć wierzącej, przeżywałam swoją wiarę w Boga w sposób abstrakcyjny i momentami zdystansowany. Nie mogłem ignorować Jego obecności: wyczuwałam ją w samym istnieniu stworzenia, we wszystkim, co mnie otaczało, oraz w małych i wielkich wydarzeniach mojego życia. Jednocześnie jednak myślałam o Bogu jako o czymś odległym i nieosiągalnym. Mówiłam sobie: „Przy tym wszystkim, co się dzieje na świecie, nie ma mowy, żeby miał czas myśleć o mnie, która jestem nikim”.

Być może wybierałam najłatwiejszy sposób na zbliżenie się do Tajemnicy: skupiałam się na tym, co mogłam zobaczyć i dotknąć; odkładałam na bok to, co wydawało mi się zbyt wielkie, trudne lub pozbawione odpowiedzi.

Aż pewnego dnia coś się zmieniło. To Jezus wyszedł mi na spotkanie i zawołał mnie po imieniu. W pewnym momencie mojego życia moje drogi skrzyżowały się z drogą pewnego chłopaka. Był to dobry i głęboko wierzący chłopak, który swoją wiarę przeżywał w praktyce. Zakochanie się w nim było proste; trudniej było mi jednak zmierzyć się z jego sposobem życia, z jego zaangażowaniem w parafii, z tą tak głęboko zakorzenioną wiarą, która budziła we mnie zarówno szacunek, jak i strach. Myślałam: „Jesteśmy zbyt różni, ja nie pasuję do tego świata”.

Postanowiłam więc odejść, wybrać najłatwiejszą drogę, tę, która wymaga najmniej wysiłku. Jednak w głębi serca nie byłam szczęśliwa. Po trzech latach nasze drogi znów się skrzyżowały i, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znów się spotkaliśmy. Bardziej dojrzali, bardziej świadomi i wreszcie pewni, że ta miłość nie zrodziła się przez przypadek, ale była częścią wielkiego planu.

Delikatnie zaczął zapraszać mnie, abym towarzyszyła mu na mszy, i nieoczekiwanie odkryłam, że w tych chwilach skupienia i modlitwy odczuwam głęboki spokój. Uderzała mnie serdeczność wspólnoty i stopniowo narodziło się we mnie pragnienie, by stać się jej częścią. Z czasem wzrosło we mnie pragnienie komunii z Chrystusem: czułam potrzebę bycia żywą częścią Jego Kościoła i świadkiem Jego obecności. Przerażała mnie jednak myśl, że jestem już „poza właściwym czasem”. Przyjęcie sakramentów jako osoba dorosła wydawało mi się dziwnym krokiem, niemal nie na miejscu. Bałam się osądu innych. Dlatego wielokrotnie się wycofywałam, mimo że czułam, że Pan wciąż wychodzi mi naprzeciw. W końcu mój chłopak poprosił mnie o rękę, a ten gest dodał mi odwagi, by w końcu zrobić ten krok, o którym myślałam od dawna. Zebrałam się na odwagę i poprosiłam o przyjęcie sakramentów.

Zostałam przyjęta przez księdza Leo i dzięki niemu oraz Szkole Wspólnoty miałam okazję wsłuchać się w słowo Chrystusa oraz na nowo przeanalizować swoje doświadczenia, również w świetle doświadczeń innych. Na tej drodze nie zabrakło trudnych chwil: poza wspólnotą czułam się czasem osądzana, wyśmiewana, a słowa, które do mnie kierowano, raniły mnie. A jednak, właśnie gdy przeżywałam to wszystko, na spotkaniach doświadczałam czegoś zupełnie innego. Od samego początku czułam się przyjęta, mimo że przez długi czas ograniczałam się do słuchania bez zabierania głosu. A kiedy znalazłam odwagę, by podzielić się swoją historią z kilkoma osobami, nie spotkałam się z osądem, ale ze zrozumieniem i szacunkiem.

Już samo słuchanie doświadczeń innych pomogło mi zrozumieć, że Chrystus kocha nas pomimo naszych słabości i niepewności i że nawet gdy się gubimy, zawsze jest gotów wyjść nam na spotkanie. Zrozumiałam, że to my musimy nauczyć się rozpoznawać znaki Jego miłości. Odkryłam też, że to, co mówi Ewangelia, jest prawdą: Chrystus jest obecny za każdym razem, gdy dwóch lub trzech gromadzi się w Jego imię i towarzyszy nam na naszej drodze z miłością, zawsze gotowy, by nas przyjąć.

Letizia, Lugo di Romagna