fot. Stanisław Żukowski

List z Kuby: radość z owieczek i pracy

A we wszystkim błogosławieństwa z Nieba mi nie brakuje!

Przyjaciele!
Skończył się czas urlopu i czas cieszyć się moimi owieczkami i pracą. Dziękuję za każdy gest przyjaźni, modlitwy, wsparcia materialnego podczas wakacji. Przepraszam też, że nie miałem wystarczająco czasu, aby z każdym się spotkać i spędzić z nim chociażby chwilkę.
Po 14 godzinach podróży Hawana przywitała mnie temperaturą 37 stopni i duchotą oraz przygodami na lotnisku. Czekałem dwie godziny na walizkę, a kiedy wszyscy odebrali już swoje bagaże, pan celnik wywołał mnie po nazwisku i zaprosił do obskurnego gabinetu. Trzy panie przepytywały o zawartość walizki, więc opowiadałem. Solą w oku był router do Internetu. Zaczęły się pytania, w jakim celu, dlaczego, skąd... Odpowiedziałem, że do Internetu, ale nie pomogło, wystawili mi cztery pisma i router zabrali … A spotkanie z celnikami trwało cztery godziny… Podróż minęła szybko, poza tym, że w autobusie wyciekała woda, ale szybko zawiązaliśmy komitet antykryzysowy i przy pomocy mojej taśmy oraz ręcznika i reklamówek naprawiliśmy autokar. Był problem i nie ma problemu.
Najpiękniejszym wydarzeniem tego roku był przyjazd grupy dziewięciu studentów z ruchu CL, którzy po rocznych przygotowaniach dotarli na Kubę z 18 walizkami! Nie żeby tyle potrzebowali – to wszystko zostawili dla moich owieczek. Pracowaliśmy intensywnie z dziećmi z sześciu wiosek, gdzie mam wspólnoty: gry i zabawy, sporty i tańce, malowanie i tatuaże i wiele innych rozrywek – dla dzieci, ale i dla nas. Po raz pierwszy w historii wyspy polacos zorganizowali w ostatnich/najbardziej zapomnianych wsiach zabawy dzieciakom. Ludzie mogli zobaczyć Kościół młody, który się bawi, i to jeszcze jak! Do tej pory wielu dopytuje i modli się za polacos. Stali się częścią naszej rzeczywistości. Czteroletni dzieciak powiedział, patrząc mi w oczy, że ja muszę być bardzo wyjątkowy i ważny, skoro oni przyjechali tutaj dla mnie. Pokazać człowiekowi, że jest ważny i wyjątkowy… to się nam udało. Studenci szybko wniknęli w misyjny świat, przemieszczając się „bydłowozami” i innymi dziwnymi środkami transportu, komunikowali się z ludźmi, integrowali się z młodzieżą. W moich młodych przebudziła się świadomość: my też tak możemy… i zaczynamy działać… A do tego długie, nocne Polaków rozmowy i cieszenie się przyjaźnią między nimi… Bezcenne. Dzięki Wam!

Studenci z Polski podróżujący „bydłowozem”

Nie będę ukrywał, że logistycznie nie był to czas łatwy – chwilowe braki paliwa, psujące się bydłowozy, poranne poszukiwania żywności…. to dopiero był miesiąc! Mam nadzieję, że za rok się powtórzy i wokół małej misji wyrosną jakieś piękne inicjatywy.
Po wylocie studentów z CL doświadczyłem pustki, byli i już ich nie ma… Ale natychmiast na pocieszenie przyjechał kleryk na praktyki przed uroczystościami Matki Bożej z el Cobre. Odwiedzaliśmy wszystkie wioski z
katechezami, filmami i modlitwami. Po raz kolejny organizowałem uliczne Różańce, a w zasadzie procesje z rozważaniami tajemnic i trzema Zdrowaś, bo ludzie z ulicy nie umieli się modlić, więc za pomocą obrazków robiłem uliczną przed katechezę – na mini procesje przychodziło do 80 osób. Dzień Matki Bożej „od niewierzących” – albowiem do Matki z el Cobre przyznają się nie tylko katolicy, ale i santerzy, niewierzący i komuniści, całe tłumy ludzi – spędziłem w kościele, rozmawiając z ludźmi, którzy wierzą po swojemu, ale wierzą pięknie… To taka religijność ubogich, prostych ludzi, religijność Nazaretu. Nie kościelna, ramkowa, ale dziecięca – kwiatek, obietnica, świeczka i zasiedzenie się w ciszy i zadumie. Ktoś powie: za mało…, a może jednak wszystko? Ze studentami wybraliśmy się na pielgrzymkę do el Cobre – 130 osób autobusami i „bydłowozem”. Gdy zaangażowani wierzący z pierwszych ławek rozmawiali ze znajomymi, robili zdjęcia, rozglądali się na lewo i prawo – moja kucharka – nieochrzczona i niepraktykująca, nazywana przez studentów Michałową, usiadła i ze łzami w oczach trwała, szepcząc coś do Matki, i tak ponad 30 minut… I przywołała mnie do relacji, ona – niewierząca zgodnie z przepisami kościelnymi… Uczę się od tych ostatnich…
Skoro jesteśmy już przy Yanelis, to znaczy Michałowej, nadmienię, że ona stała mi się jak matka – gotując, szukając jedzenia, pijąc ze mną kawę; wie, czego potrzebuję, zanim coś powiem… Taki dom… Teraz wylatuje do Meksyku, a potem do kubańskiego raju podziemnym kanałem. To w tym roku dwudziesta trzecia osoba z moich parafian… Idą na cały świat, aby żyć godnie… Nie ukrywam, ukrywając, że w tym wszystkim uczestniczę i pomagam.

Yanelis zwana Michałową

Jedna dziewczyna ze szkoły średniej poszła do szkoły z gazetą, którą dostała ode mnie – z diecezji Maiami wydawaną dla Kubańczyków. Oprócz tekstów religijnych były w niej teksty społeczne. Pismo przechwyciła nauczycielka, dalej dyrektor, partia, policja. Wezwano rodziców, postawiono przed komisją… Wszak działanie przeciwko rewolucji… Zdegradowano w pracy… Do mnie przyszła policja i chciała przeszukiwać mieszkanie, ale tylko chciała… Odesłałem do biskupa, tłumacząc, że ja tylko według papierów stróż domu. Ale smutek pozostał: ot i wolności ułudy…
Po spotkaniach z młodymi CL są już pierwsze owoce: dwie pary przygotowują się do sakramentu małżeństwa, który tutaj jest w kryzysie. Będą więc wielkie święta i radość...
Rozpoczął się nowy rok duszpasterski – wiele planów, pomysłów i radości. A we wszystkim błogosławieństwa z Nieba mi nie brakuje!
Dzięki za wszystko i podtrzymujmy się wzajemnie modlitwą.

ks. Adam Wiński, Jiguani (Kuba)