List z Kuby: powracający batonik i mea biskupia culpa

Wiosna to czas deszczowy, kiedy to codziennie padają ulewne deszcze i tak naprawdę nie da się nic zaplanować, a wszystkim informacjom towarzyszy dodatek ,,jeśli nie będzie padać’’

Przyjaciele!
Obfite ulewy niszczą stare domy, dachy, zabudowania, a woda wywołuje przeziębienia, grypy, wirusy i inne dengi. Od dwóch lat biskup, którego bardzo lubię, obiecuje mi naprawę dachu w kaplicy w Cautillo, ale za każdym razem jest jak z pogodą - jakieś ale… W sobotę mieliśmy odpust Matki Bożej Fatimskiej, i jakoś tak złożyło się, że zaczął padać deszcz… I ktoś nie wiadomo dlaczego jakoś porozsuwał dachówki, a nawet jedną - bezpośrednio nad głową ekscelencji rozwiercił… W momencie biskupiego kazania deszcz zaczął leniwie siąpić, a gdy biskup stanął przed ołtarzem… no cóż piuska spłynęła obficie ze strumieniem deszczu z dziurawego dachu, i to akurat w tym miejscu… Oczywiście przeprosiłem, nawet przesunąłem stół służący za ołtarz, ale pech chciał, że w innym miejscu też padało - ale wiadro uratowało sytuację, a ja przepraszałem mojego biskupa za drobne niewygody dodając, że ja mam je cotygodniowo… Nawet ręcznik na te okoliczność przygotowałem, wszak maj to miesiąc deszczu, a biskup publicznie zapowiedział naprawę cieknącego dachu, co wywołało fale radości i oklasków… to tyle dobrych wieści… Za tydzień odpust w kaplicy św. Rity - będzie trudniej, bo potrzebujemy łazienki i wody…
Karnawał w Jiguani przebiegł spokojnie - głośno i ze wszystkimi wydzielinami na ulicach
i pod moim domem, ale już minęło. Czas karnawału i wolnego czasu to okres wyjątkowych frustracji - jest czas i bieda, alkohol i ludzie zaczynają myśleć, rozmawiać, cierpieć. Co chwilę ktoś puka do drzwi i prosi o pomoc, albo zwyczajnie chce się wyżalić. W ubiegłym tygodniu wieczorem przyszedł pijany mężczyzna i klęcząc krzyczał - uwolnij mnie stąd, pomóż mi wyjechać… taki niemy krzyk większości Kubańczyków… W ostatnim miesiącu wyjechały kolejne cztery osoby… Ktoś kiedyś powiedział mi - tutaj człowiek jest szczęśliwy tylko wtedy, kiedy ma wiadomość o wizie i o szybkim wyjeździe za granicę.
Kolejne małżeństwo wyjeżdża do Ekwadoru. Jadą do swoich dzieci - oboje pracownicy uniwersytetu, ale oczywiście wyrzuceni za myślenie. Wiele lat prześladowań, przesłuchań, nocnych wezwań na komisariat. Konfiskata majątku, zniesławienia, prześladowania dzieci w szkole, buntowanie rodziny przeciwko nim… Trzydzieści lat piekła za myślenie i prawdę - ale on dodaje - nie żałuję, że żyłem z podniesioną do góry głową. Na wyspę nie chce już nigdy wrócić - wypowiadając te słowa płacze jak dziecko. Pokazują dokumenty zwalniające z kolejnych stanowisk ze wskazaniem za niemoralne poglądy i głoszenie haseł niezgodnych ze światopoglądem… A jedyna słuszna gazeta pisze o rozwoju ekonomicznym, wolnych wyborach i wzroście zadowolenia społecznego, a na świecie zabójstwa, przemoc i kryzys.
Mam kolejne dziecko… uratowane od aborcji… Młodą, płaczącą dziewczynę spotkałem w parku, gdzie internet płatny i dostępny… chłopak, dużo starszy z Maiami, taka wakacyjna przygoda. Tak, przyznaję, podsłuchiwałem o czym rozmawiali i patrzyłem na duże łzy na jej młodej twarzy - więc podszedłem i zacząłem rozmawiać, zza granicy zobowiązał się pomagać i utrzymywać dziecko - aby mieć pewność pozyskałem wszystkie namiary. Debora urodzi dziecko - postanowiła, a ja ochrzczę i znajdę opiekunkę na czas dokończenia studiów. Debora jest na piątym roku medycyny, ale nie wie, że aborcja to zabicie dziecka…
Reszta bez wielkich zmian, dwa prosiaczki rosną, jedna blondyna już całkiem duża - przed wakacjami urządzimy święto zakończenia katechezy i będzie obiadek… Deszcz regularnie pada… zaraz będzie sezon na mango…
Otrzymałem kolejny karton koszulek i butów, przy okazji zagranicznych wizyt… Ale najpiękniejsza jest historia z batonikiem Mars. Moi goście przywieźli mi także pakiet słodyczowy - więc podarowałem jednemu dzieciakowi - Kendrixowi jeden batonik, a jak to na Kubie batonik nie miał łatwej drogi, bo gdy dotarł do domu to matka schowała go na lepszą okazję, przekroiła na połowę. Jedną połowę połowy dała dzieciom, a drugą połowę oddała sąsiadce, sąsiadka podobnie pokroiła i oddała jeszcze innej i tak dalej… a po niespełna dwóch tygodniach otrzymałem od trzech różnych osób połowę batonika zawiniętego w papier toaletowy… To chyba nie jest ewangeliczne po stokroć więcej, bo cóż kawałki suchego batona w papierze toaletowym… ale gest wielkości moich owieczek. I jak tu ich nie kochać… Opłaca się dzielić - zapewniam was o tym i zapraszam do tego.
Codzienne sprawy i zabieganie i drobne radości i wdzięczność, że Pan postawił mnie na tej ziemi.
Wczoraj świętowaliśmy 60-lecie ślubów zakonnych siostry Hildy. Urocza babcina pochodząca z Wenezueli od prawie trzydziestu lat pracuje na Kubie. Pojechaliśmy autokarem na świętowanie jej wierności Bogu w rodzinie salezjańskiej, a ona pełna radości i życia opowiadała, ile to jeszcze ma pomysłów i projektów. Misje to życie i pasja do życia. Sto lat siostro Hildo!
Dzięki za wszelkie formy wsparcia duchowego, listowego, materialnego.

ks. Adam Wiński, Jiguani (Kuba)