Katedra w Kolonii (©Unsplash/Nikolay Kovalenko)

Meeting nad Renem. Skarb w glinianych naczyniach

W marcu w hotelu Maternushaus w Kolonii odbyła się jedenasta edycja wydarzenia kulturalnego nad brzegiem Renu. Trzy dni spotkań i nowych twarzy, od biskupa Trondheim, Erika Vardena, po wystawę poświęconą Ermanno lo Storpio

Od hal targowych na Via Emilia po hotel Maternushaus, kilka kroków od Renu. Od Meetingu w Rimini po Meeting nad Renem, który jest „młodszym bratem” z Kolonii i odbywa się już po raz jedenasty. Trzy dni, od 13 do 15 marca, pełne spotkań i twarzy. Takich jak twarze 800 uczestników i dziesiątek wolontariuszy, wśród których znaleźli się studenci z CLU (studenci z ruchu Comunione e Liberazione - przyp. red.), którzy przybyli specjalnie do Kolonii z Włoch, aby umożliwić realizację wydarzenia zatytułowanego „Skarb w glinianych naczyniach”.
Temat ten od razu poruszył pierwszy gość: Nathanael Liminski, minister ds. federalnych i europejskich, stosunków międzynarodowych oraz mediów oraz szef Kancelarii Nadrenii Północnej-Westfalii a od 2022 członek Bundesratu. Czterdziestolatek, katolik, jest jednym z najbardziej znanych polityków w Niemczech. „Zrób coś uczciwego, wejdź do polityki” – radził mu ojciec, znany dziennikarz katolicki. Podejmując to wyzwanie, zrozumiał, że pomimo złej reputacji, jaką często cieszy się polityka, dla niego, jako chrześcijanina, jest to miejsce, w którym „można wiele zdziałać w służbie dobra wspólnego”, choć zdawał sobie sprawę, że relacja między chrześcijaństwem a polityką pozostaje kwestią otwartą, ponieważ ta ostatnia zajmuje się nie „kwestiami ostatecznymi”, lecz „kwestiami przedostatecznymi”.
To właśnie jest „wielka rewolucja” Ewangelii: że Pan nie przemierzał Palestyny sam, ale z dwunastoma towarzyszami. (tekst do wstawienia jako duże napisy w tekście)
Wokół jednego pytania skupiało się świadectwo Erika Vardena, mnicha cysterskiego i biskupa Trondheim (Norwegia), niegdyś kaznodziei podczas rekolekcji dla papieża Leona XIV i Kurii Rzymskiej: „Czego pragniesz?”, pytania, które – jego zdaniem – powinniśmy pomagać ludziom sobie zadawać, „jeśli naprawdę chcemy im pomóc”. W biskupie Vardenie pragnienie obudziła w wieku 15 lat II symfonia Mahlera: „Kiedy jej słuchałem, coś we mnie pękło, coś zostało zniszczone: skorupa, powłoka. I ujawniło się coś innego, większego ode mnie”. Aż do odkrycia, że sam nic nie może, co teraz odzwierciedla jego biskupie motto „Coram fratribus intellexi” [Wobec braci zrozumiałem]. To właśnie jest „wielka rewolucja” Ewangelii: że Pan nie przemierzał Palestyny sam, ale z dwunastoma towarzyszami. I że wylewa swoją łaskę, swoją siłę i swoją radość właśnie w „kruche naczynia”, tak wtedy jak i dziś. W tym biskupowi Vardenowi objawia się to, jak Bóg działa tu i teraz: „Dlatego my, chrześcijanie, możemy powiedzieć tym, którzy szukają: „Wiesz, to głębokie pragnienie sensu, piękna, przyjaźni, pełni nie jest utopią. To pragnienie ma sens, na te pytania istnieje odpowiedź”».
Psychiatra Ulrich Voderholzer, który od 16 lat pracuje w klinice dla nastolatków cierpiących na zaburzenia psychiczne, wie wiele o „kruchych naczyniach”. W swoim wystąpieniu opisał dramatyczne konsekwencje, jakie mogą spotkać nastolatków, gdy brakuje im uznania, zaufania i perspektywy na stabilne życie. „Stwierdzenia typu: «Nie obchodzi mnie, co robisz w życiu, ważne, żebyś był szczęśliwy» obciążają młodych ludzi i pozostawiają ich samych”. Następnie cytuje Jonathana Haidta, autora słynnej książki Niespokojne pokolenie: „Istnieje dziura, pusta przestrzeń, którą chcemy wypełnić. Jeśli nie zostanie ona wypełniona czymś szlachetnym i wzniosłym, współczesne społeczeństwo szybko wypełni ją śmieciami”. Na zakończenie podkreśla pilną potrzebę zaoferowania młodzieży hipotezy sensu, odwołując się wyraźnie do Ryzyka wychowawczego księdza Giussaniego.
„Mamo, ta wystawa jest jak u nas w domu. Ponieważ Hermann został po prostu zaakceptowany takim, jakim jest. Tak jak u nas”.
Kolejną ważną postacią Meetingu nad Renem był Hermann z Reichenau zwany Kulawym: to właśnie z poświęconej mu wystawy, przeniesionej z sierpniowego Meetingu w Rimini, pochodzi tytuł całego wydarzenia. Życie średniowiecznego mnicha, który był astronomem i matematykiem pomimo poważnego paraliżu, zostało następnie pogłębione i zaktualizowane dzięki świadectwom Davide De Santisa i Sary Bosi, którzy stworzyli wystawę i założyli stowarzyszenie „Mongolfiera” – zajmujące się przyjmowaniem i pomocą rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi, powstałym w Imoli. Swoją historię życia opowiedzieli członkowie rodziny Maximiliana i Isabelli Cech z Wiednia, którzy są świadkami tego, co konkretnie oznacza wychowywanie dzieci z poważnymi niepełnosprawnościami. Dla nich wszystko zaczęło się od badań prenatalnych w czasie ciąży i od porady lekarzy, by rozważyli przerwanie ciąży ze względu na poważną niepełnosprawność córki, którą nosiła w łonie Isabella. Jej decyzja, by tego nie robić, doprowadziła do nawiązania szczególnej więzi z ortopedą dziecięcym, który stał się później oparciem dla Laetitii, ich córeczki, urodzonej 11 marca 2011 roku z poważnymi wadami rąk i nóg, tak poważnymi, że konieczna była amputacja jednej z nich, również z powodu jej uporu, by chodzić jak inne dzieci w jej wieku. Dzisiaj Laetitia chodzi do liceum, trenuje ujeżdżanie, chciałaby brać udział w międzynarodowych turniejach i jest wzorem dla swoich braci. W zeszłym roku chciała pojechać do Rimini, aby obejrzeć właśnie wystawę poświęconą Hermanowi Kulawemu. Po powrocie powiedziała: „Mamo, ta wystawa jest jak u nas w domu. Ponieważ Hermann został po prostu zaakceptowany takim, jakim jest. Tak jak u nas”.
„Poczułyśmy się przyjęte, a to wzbudziło w nas pragnienie, by przyjmować innych”.
To właśnie oni – wolontariusze, którzy przybyli nawet z daleka – sprawili, że wszystko to – spotkania, relacje, wystawy – mogło się odbyć. Tak jak Rebecca, 23-latka, która wyruszyła z Mediolanu wraz z kilkoma przyjaciółkami niemal z ciekawości. Już podczas podróży nawiązały się pierwsze kontakty, a potem, dzień po dniu, tworzyła się coraz większa grupa. Decyzja o zaangażowaniu się jako wolontariuszki (w szatni, z dziećmi, przy tłumaczeniach...) stała się najbardziej konkretnym sposobem na włączenie się w akcję: „Poczułyśmy się przyjęte, a to wzbudziło w nas pragnienie, by przyjmować innych”. W końcu, opowiada, było ich dwadzieścia osób, Włochów i Niemców, wielu z nich nieznanych sobie jeszcze kilka dni wcześniej, a teraz spacerujących razem wzdłuż Renu, jak przyjaciele od zawsze. Również Federica, 21 lat, która przyjechała z Lecce, podkreśla ten punkt. Mówi o zdumieniu, które dzieliła z przyjaciółmi, ale przede wszystkim o odkryciu, że to, co ją porusza, nie jest tylko jej: „Nawet tak daleko od domu istnieje ktoś, kto żyje tym samym pragnieniem”. Patrząc na tych, którzy stworzyli Meeting nad Renem, mówi, że była pod wrażeniem ich „prostego i całkowitego” zaangażowania, zdolnego stworzyć miejsce, w którym od razu czuje się jak w domu. Tak więc, zaraz po zakończeniu tegorocznej edycji, zaczyna się już myśleć o przyszłorocznej.