
Misyjna obecność na wakacjach
Wspólnota CL z Fidenzy spędziła tydzień w górach, gdzie dała między innymi publiczne świadectwo turystom i mieszkańcom miejscowości, śpiewając i rozdając „Tracce”. Z wrześniowych „Tracce”Podczas wakacji CL z Fidenzy, w prowincji Parma, popołudnie wypełnione wolnymi zajęciami stało się czasem spotkań, dawania publicznego świadectwa i zaproszenia skierowanego do mieszkańców i turystów San Martino di Castrozza. Niektórzy członkowie wspólnoty wybrali park w dolomickim miasteczku – który późnym popołudniem wypełnia się rodzinami wracającymi z wędrówek i turystami relaksującymi się przy aperitifie – aby śpiewać, rozdawać egzemplarze „Tracce” i ulotki oraz zapraszać ich na spotkania w kolejnych dniach. Setki osób potraktowały poważnie temat „nowej obecności w świecie” i wyszły na spotkanie tym, którzy mogli ich nie zauważyć pośród turystycznego zamieszania.
Pomysł na chwilę publicznego świadectwa podczas wakacji zrodził się w głowie Eriki Battini, młodej nauczycielki ze wspólnoty, która pracuje również z uczniami GS. Ostatni okres naznaczony był dla niej serią bardzo poważnych sytuacji w szkole: napaściami, wydaleniem, przemocą w klasach i w domu. Dzieciaki „czują się samotne, porzucone – mówi – niektórym nie chce się żyć już w wieku 14 lat”. Zagłębienie się w te dramatyczne wydarzenia uświadomiło jej, że „Jezus jest rzeczywistym towarzystwem w moim życiu”, co przejawia się w „stabilnej pracy, w której ciągle dzieją się rzeczy zasługujące na wdzięczność”. Można zatem „zaryzykować powiedzenie, kim jestem”, ponieważ każdy pragnie doświadczyć takiego towarzystwa. „Publiczny gest wynika z pragnienia, by patrzeć na ludzi tak, jak patrzy się na mnie”.
Erika porozmawiała o tym pomyśle z kilkoma przyjaciółmi i tak narodziła się inicjatywa, skrupulatnie przedyskutowana i przygotowana w oparciu o kilka filarów. Śpiew świadczy o radości życia w często zagniewanym świecie; rozdawanie „Tracce”, aby odesłać do historii, którą można zlokalizować; i wreszcie ulotka informująca o spotkaniu dotyczącym Magnifica humanitas, mającym odbyć się następnego wieczoru, aby każdy, kto byłby zainteresowany, mógł otrzymać więcej informacji. Inicjatywa nie zrodziła się z prozelitycznego pragnienia, ale z „nadobfitości łaski”, zagarniającej wszystko, mówi Mariacarla Bonatti, nauczycielka, która pomogła zaplanować to wydarzenie i zaproponowała je całej wspólnocie w pierwszych dniach wakacji.
Nie wszyscy od razu uznali ten sposób za trafiony, delikatnie mówiąc. Gianpaolo Calanchi wydawał się „trochę w stylu świadków Jehowy – jak opowiada – pomimo najwyższego szacunku dla tych, którzy oddają się tak wymagającemu misjonarskiemu przedsięwzięciu”. Zamiast jednak się wycofać, postanowił zaangażować się w przygotowania. „Kiedy się spotkaliśmy, wyraziłem wszystkie swoje wątpliwości. Odpowiedzi nie przekonały mnie szczególnie, ale przyjaźń i szacunek wobec moich przyjaciół, którzy mówili mi, dlaczego chcą podjąć ten gest, skłoniły mnie do tego, abym nie zatrzymywał się na własnej mierze i zaufał im”.
Tamtego dnia, jak opowiada, „miało miejsce widowisko człowieczeństwa, które przerosło mnie pod każdym względem”. A widowisko rozpoczęło się jeszcze przed odśpiewaniem pierwszej piosenki i rozpakowaniem pierwszego numeru „Tracce”. „Było dla nas jasne, że za każdym razem, gdy podejmowaliśmy ryzyko spotkania z kimś, dowiadywaliśmy się więcej o sobie, a przez to byliśmy szczęśliwsi” – mówi Gianpaolo. Co więcej. Przygotowując się do tego momentu, grupa była zaskoczona, przypominając sobie, jak w życiu każdego z nich „Pan stał się obecny poprzez proste, a nawet pozornie przypadkowe, spotkania i zaproszenia – mówi Mariacarla. – Kim jesteśmy, żeby decydować, w jaki sposób Bóg wychodzi nam na spotkanie?”.
„Ten gest całkowicie wykraczał poza moją strefę komfortu, ale postanowiłam zaufać – wyjaśnia Vanessa Malanca. – Kiedy dotarliśmy do parku, przyjaciółka powiedziała mi: «Chodźmy razem, aby zapraszać!». Ruszyłyśmy i zaczęłyśmy zatrzymywać pierwsze osoby: niezależnie od wyniku, czułam się szczęśliwa i wolna, nawet w obliczu odrzucenia. Wracając do miejsca, gdzie przyjaciele śpiewali, aby uzupełnić nasze zapasy «Tracce» i ulotki, obserwowałam widowisko tych wszystkich śpiewających zadowolonych twarzy i pomyślałam, że to, co się dzieje, jest czymś większym niż my sami”. Vanessa kontynuuje: „Po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam i doświadczyłam, co to znaczy, że misja rodzi się z żywej komunii, jak powiedział nam Davide Prosperi podczas Inauguracji Roku Pracy dwa lata temu”.
Spotkania tego popołudnia były nadobfitością, skapującą łaską. Elena Quarantelli chętnie wymigałaby się od tej okazji, ale uwielbia śpiewać i kiedy poproszono ją, by zrobiła to również tym razem, nie była w stanie odmówić. A ponieważ każdy szczegół czy niuans może być sygnałem od Boga, poprzez który On się objawia, natychmiast natrafiła wzrokiem na ojca i syna wyprowadzających na smyczy psa tej samej rasy co jej, dużego szwajcarskiego psa pasterskiego. Psa, który nie jest zbyt powszechny w tych stronach. „Zaczęliśmy gawędzić i po kilku minutach zdałam sobie sprawę, że chłopiec wykazuje wyraźne objawy autyzmu – opowiada Elena. – W ciągu kwadransa ojciec zaczął opowiadać nam o sobie i swoim synu, o ich historii. Zaprosiliśmy ich zatem na spotkanie, ale zaproszenie stało się już tylko pretekstem, ponieważ coś między nami zaiskrzyło, nawiązaliśmy międzyludzką więź, która nas urzekła. Następnego dnia, w ulewnym deszczu, pojawili się punktualnie na spotkaniu poświęconym sztucznej inteligencji. I zostali do końca. Wymieniliśmy się numerami telefonów i ku mojemu wielkiemu zdumieniu rozpoczęła się wymiana SMS-ów, w której najbardziej uwydatniła się przemożna chęć współdzielenia cząstki swojego życia z zupełnie obcymi ludźmi. Do tego stopnia, że dwa dni później dołączyli do nas na krótką wycieczkę, którą odbyliśmy przed powrotem do domu” – mówi Elena.
Gianpaolo opowiada o zdarzeniu, które przytrafiło się jego żonie. Nazywa je „zbiegiem okoliczności” w cudzysłowie. W parku spotkała pewnego pana, pogawędzili, wręczyła mu egzemplarz „Tracce” i zaprosiła go na spotkanie poświęcone encyklice. „Ten pan przyszedł następnego dnia, wziął udział w spotkaniu, a potem podszedł do stoiska z książkami i powiedział do mojej żony: «Jestem przedsiębiorcą, to spotkanie o sztucznej inteligencji i Magnifica humanitas naprawdę mnie poruszyło. Jeśli mogę dostać prezentację, chcę powiedzieć o wszystkim w firmie, a potem chciałbym książkę, która opowiadałaby o tym, kim jesteście. W życiu zawsze pracowałem za dużo i czytałem za mało»”.
Gdy był już jednak przy stoisku z książkami, Gianpaolo, który również jest przedsiębiorcą, rozpoznał go: ich firmy konkurują ze sobą. „Przywitaliśmy się, a kilka dni później napisał do mnie wiadomość: «Jestem na spotkaniu w Rimini, zobaczymy się przy kawie?»”.
Mariacarla wraz z przyjacielem podeszła do pary turystów z Umbrii, którzy rozmawiali na ławce. „Przedstawiliśmy się i zaproponowaliśmy im «Tracce» oraz zaprosiliśmy na spotkanie. Mężczyzna, po pierwszych pięciu minutach wpatrywania się w smartfona, spojrzał na nas i zaczął mówić. Po około dziesięciu minutach byliśmy gotowi się z nimi pożegnać, a on, ze swoim fantastycznym umbryjskim akcentem, powiedział: «Co robicie?! Już idziecie? Zostańcie, to trochę pogadamy». I opowiedzieli nam swoją historię”.
CZYTAJ TAKŻE: Inauguracja Roku Pracy 2026
To proste pragnienie towarzystwa „naprawdę mnie poruszyło” – opowiada Mariacarla – gdyż każdy z nas pragnie „spotkać kogoś, kto mu pokaże, że życie jest piękne, ponieważ nie jesteśmy sami, ale poszukiwani, upragnieni i kochani”. Cała wspólnota, przezwyciężając zakłopotanie i nieśmiałość, zaangażowała się w to misyjne popołudnie, które okazało się prawdziwie „wolne”. Słowa Lary Zerbini, młodej lekarki ze wspólnoty, podsumowują to, czego wielu doświadczyło tego dnia: „Patrząc na twarze moich przyjaciół, którzy byli ze mną w tamtej chwili, życzyłam każdemu, kogo spotkaliśmy, aby mógł zobaczyć chociaż raz to, co zobaczyłam ja”.#Ślady