
„W naszej jedności doświadczamy Jego obecności. Nie ma innej drogi”
Z kwietniowych „Tracce”: Homilia ks. Giussaniego z książki L’opera del movimento. La Fraternità di Comunione e Liberazione („Dzieło Ruchu. Bractwo Comunione e Liberazione”)Pytanie Filipa jest również naszym pytaniem; ujawnia podobny stan ducha, identyczną trudność: „Panie, pokaż nam Ojca” (J 14, 8). To jest jak potrzeba czegoś innego niż narzędzie, które Ojciec stworzył do komunikowania siebie. Jakie było to narzędzie, które Ojciec stworzył do komunikowania siebie? Chrystus! To jest jak potrzeba czegoś innego, to jest wyobrażenie, hipoteza, żądanie czegoś innego, aby można było uwierzyć: „Gdyby było coś innego, wówczas wreszcie łatwo byłoby to zrozumieć, czyli wierzyć”. A odpowiedź Jezusa jest identyczna z tą, którą nam daje: „Tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznaliście? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14, 9). To w Jego znaku, w znaku, który On zbudował, który stworzył jako miejsce swojej rzeczywistej obecności – w Kościele, to w Jego znaku możemy zrozumieć, poznać, pojąć i uwierzyć w Chrystusa, że On zmartwychwstał. To właśnie w Jego znaku możemy zobaczyć wydarzenie Jego ostatecznego zwycięstwa, a zatem już nieustannego, dokonującego się w każdej chwili, świt końca świata, Jego zmartwychwstanie, Jego zwycięstwo.
Moi bracia i siostry, ten, kto nas widzi, ten, kto widzi tajemnicę naszej jedności, ten, kto widzi tajemnicę naszej komunii – zobaczył Chrystusa, widzi Chrystusa, doświadcza zmartwychwstałego Chrystusa. Doświadcza Chrystusa, który zwycięża, Jego słowa, które wzywa, Jego obecności, która zmienia, która przemienia, która rzuca wyzwania i zmienia, Jego towarzystwa, które spełnia, które otwiera na sens wszystkiego i które rozpoczyna doświadczenie spełnienia poprzez pokój, sprawia na początku, że staje się ono prawdziwe.
To w naszym towarzystwie, to w naszej jedności, to w naszej komunii, to w tej obecności naszych braci i sióstr możemy doświadczyć Jego obecności. Nie ma innej drogi, ponieważ inna droga byłaby jedynie wyrazem tej drogi lub nieuchronnie by do niej odsyłała. Gdyby ta droga nie została rozpoznana i zaakceptowana, gdyby to narzędzie nie zostało rozpoznane i zaakceptowane, nawet wyjątkowy moment, nawet absolutnie niezwykły sposób, po początkowym szoku, natychmiast zostałby zredukowany w naszej świadomości do stanu takiej mglistości, że łatwo, bardzo łatwo byłoby nam zaprzeczyć jego autentyczności: „Śniło mi się. Kto wie, co to było. To była sugestia”.
Istnieje narzędzie, sposób, miejsce, aby poznać Tajemnicę, która stwarza wszystko, aby poznać Ojca – Chrystus. I istnieje miejsce, aby poznać Chrystusa, tego, który umarł i zmartwychwstał i który uobecnia się, wydarza się w świecie; a powołani, wybrani („Błogosławieni jesteście, którzy zostaliście powołani do zrozumienia tajemnicy królestwa Bożego”; por. Mt 5, 3; Łk 6, 20), zauważają, rozumieją. Istnieje miejsce, narzędzie, w którym ten zwycięski Chrystus jest rozpoznawalny, postrzegany, doświadczany jako towarzystwo nadające treść życiu, jako obecność będąca trwałym korzeniem, niewyczerpanym źródłem nadziei, jak powiedział Samarytance. Tym miejscem jest nasza komunia, nasze powołaniowe towarzystwo, ludzie, którzy zostali powołani razem nie przez nic innego, ale przez Jego Ducha. Jakkolwiek krucha i niemal nieświadoma była na początku spójność tej motywacji, to jest to jedyny powód, dla którego się znamy – jedyny! – nie ma innego.
To jest narzędzie, aby poznać zmartwychwstałego Chrystusa, wydarzenie, które przekazuje, niesie w sobie sens wszystkiego i które jest obecne jak moje rodzeństwo i moja matka. W istocie, tego, co mówimy i czym jesteśmy jako przywołanie, jako znak Jego, nie mówimy sami z siebie: „Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł” (J 14, 10). A kto z nas mógłby pomyśleć, wyobrazić sobie to, co mówimy, to, co słyszymy, być może ukradkiem, pośrednio? A to, co dzieje się pośród nas – pomyślcie tylko o listach, które dziś czytałem – przykłady, które mnożą się w naszym towarzystwie, jeśli jesteśmy uważni, nie umykają nam. Nie są one najbardziej sensacyjne; ale te sensacyjne, sensacyjne przypadki, jakże są znaczące, jak nieodparte! Nie, nie nieodparte, możemy je cenzurować i wymazać w jednej chwili, gdy tylko je usłyszymy.
„Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł” – Chrystus, który jest pośród nas, dokonuje Jego dzieła. Wierzmy zatem! Jesteśmy w tajemnicy Jego osoby, tajemnica Jego osoby jest w nas. Jeśli nie ze względu na coś innego, wierzmy w to dla samych dzieł, ze względu na to, co rodzi się pośród nas, a czego nie można znaleźć gdzie indziej, bo jest nie do pomyślenia.
Jakże jednak imponujące jest podążanie dalej i słuchanie: „Kto we Mnie wierzy, będzie dokonywał tych samych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca, bo czas się wypełnia” (por. J 14, 12). Czas się wypełnia. Czas się wypełnia, to znaczy oczekiwanie lub miara Jego objawienia, pełne napięcia dążenie ku ostatecznemu objawieniu.
A zatem my, którzy zostaliśmy pochwyceni przez wiarę w Niego, dokonujemy tych samych dzieł co On. Ponieważ cud – to wielkie słowo, nie bez powodu pogardzane przez światowy rozum, nie bez powodu unicestwiane przez światową mądrość – jest niemożliwy dla człowieka, cud jest możliwy tylko dla Boga. A cudem nie jest naprostowanie nogi. W ciągu trzech miesięcy, zamiast w jednej chwili, człowiek może wyleczyć krzywą nogę, a nawet przywrócić wzrok, stosując specjalne środki (nie to słowo, które jak dreszcz przenika ciało człowieka i natychmiast czyni go zdolnym do widzenia); cudem nie jest góra, która przesuwa się stąd tam – cudem jest przemieniony człowiek, nowy człowiek! Bo On przenosił góry, przywracał wzrok niewidomym, wskrzeszał umarłych, aby człowiek, wierząc w Niego, mógł się zmienić. Cudem jest przemiana człowieka: każda rewolucyjna zmiana pozostawiłaby nietkniętym smutek rzeczy i życia.
Cudem jest przemiana człowieka. Będziemy mogli dokonywać dzieł, których On dokonał, co więcej, będziemy mogli dokonywać „większych”, ponieważ chwile czy doświadczenia takie jak te, które mamy, jak to teraz, wtedy, w Jego czasach, były niemożliwe, niepojęte. To, co stało się niemal normą w życiu Ruchu, albo szerzej – w życiu Kościoła, dwa tysiące lat temu było nie do pomyślenia. I „większe”, bo większe – jak powiedział – jest wierzyć, nie widząc, a bardziej błogosławiony jest ten, kto uwierzył, nie widząc („Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli»”, J 20, 29).
Przyjmijmy więc czujnym okiem i stanowczym sercem wyzwanie wielkiej alternatywy – to jedyne warunki alternatywy: odrzucenie Żydów, faryzeuszy, przywódców (odrzucenie, jak zauważają Dzieje Apostolskie, z zazdrości – por. Dz 13, 45 – nawet jeśli racja, którą podawali i przedstawiali, była ideologiczna, była racją zasad, racją Biblii, racją wierności słowu Bożemu, ludowi) lub rozpoznanie i uznanie Jego obecności. To jest wyzwanie polegające na wybraniu między własną interpretacją, ostatecznie własnym odczuciem, z jednej strony, a posłuszeństwem znakowi z drugiej, które jest największym cudem, ponieważ jest jak prawdziwe wydarcie sobie duszy. Czasami łatwo to zauważamy, ale często tak nie jest, ponieważ jesteśmy rozproszeni i nie dokonujemy wyboru, podejmując wyzwanie; stoimy tu i tam jak stado, stadnie. Z drugiej strony zatem to posłuszeństwo znakowi ma głos i typowy wyraz. Posłuszeństwo znakowi cechuje się typowym głosem lub wyrazem, będącym wołaniem do Chrystusa, modlitwą.
„A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu” (J 14, 13). O cokolwiek poprosimy w Jego imię, to się stanie. W Jego imię, to znaczy o cokolwiek poprosimy zgodnie z Jego planem. Jeśli prosimy o wiarę i jeśli prosimy, aby Chrystus okazał, objawił swoje zwycięstwo, które już odniósł i które ma udział w naszym ciele przez chrzest, On się objawi. Wiara stanie się świetlista, komunikatywna, twórcza, poetycka i On objawi się w naszym życiu oczom wszystkich. To jest pewność, z którą chrześcijanin wędruje, jak powiedział święty Paweł, spe erectus (por. Rz 12, 12), pewny siebie za sprawą nadziei, jak wędrował Abraham, mając nadzieję wbrew wszelkiej nadziei. Pewni siebie za sprawą nadziei, wbrew oczywistości naszej śmiertelnej ułomności.
Rekolekcje Bractwa CL. Rimini, 8 maja 1982
#Ślady