Siostra Federica Tarsi

„Opowiem ci o moim franciszkańskim powołaniu”

Siostra Federica Tarsi, 31 lat, misjonarka z Asyżu: „Zawsze mam nadzieję, że będę w stanie stawiać ludzi wobec miłości, która mną zawładnęła”. Z marcowych „Tracce”
Anna Leonardi

„Wiara to doświadczenie, w którym rachunki nigdy się nie zgadzają. Ty znajdujesz się na poziomie zera, a jest Ktoś, kto daje ci wszystko każdego dnia”. Siostra Federica Tarsi, 31 lat, należy do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Misjonarek z Asyżu, jednego z wielu żeńskich zgromadzeń zakonnych zainspirowanych życiem Franciszka, które rozkwitły po XVII wieku jako alternatywa dla kontemplacyjnej reguły sióstr klarysek, dla kobiet pragnących prowadzić aktywne życie franciszkańskie. Siostra Federica złożyła śluby czasowe trzy lata temu. A jej twarz, zanim jeszcze ona sama wypowie słowa, wyraża niesłabnący zachwyt nad niewyobrażalnym życiem, jakie wyszło jej na spotkanie. Urodzona w Marotcie, w regionie Marche, lata liceum spędziła między Pesaro a Fano, a następnie zapisała się na prawo w Urbino. Tam poznała franciszkańską wspólnotę, małą grupę studentów, za którą podążyła i z którą współdzieliła chwile ze wspólnotą zakonników z tego miasta.

Zacznijmy od tego. Jak ich poznałaś?
Przyjechałam do Urbino wypełniona pragnieniem znalezienia kogoś, z kim mogłabym wędrować. I spotkałam tych młodych ludzi, którzy po zajęciach, o 18:45, spotykali się na mszy św. Potem spędzaliśmy razem trochę czasu na kolacji lub żeby dalej się uczyć. Zaprosili mnie na spotkanie z franciszkanami i już od nich nie odeszłam, bo czułam, że było to narzędzie, by doświadczyć piękna, którego pragnęłam. Nie wiem jednak, czy wypowiedziałabym to moje „tak”, gdyby wcześniej nie doszło do innego spotkania…

Opowiadaj.
W liceum odczuwałam wielki niepokój i miałam mnóstwo pytań. Szukałam miejsca, w którym mogłabym zostać wolontariuszką. W dniu zbiórki żywności, przed supermarketem, jakiś mężczyzna zaprosił mnie do udziału w geście, wręczając mi siatkę, i zaczął opowiadać, kim są. Potem zapytał o mnie. Powiedziałam mu o swoim pragnieniu robienia czegoś dla innych. Po kilku tygodniach zadzwonił do mnie jego znajomy, odpowiedzialny za miejscową Gioventù Studentesca, i zaproponował, żebym poszła dotrzymać towarzystwa osobom starszym w domu spokojnej starości. Poszłam, mimo że widok młodych ludzi modlących się na początku wprawiał mnie w zakłopotanie. Kosztowało mnie to wiele trudu: nie postawiłam stopy w kościele od czasu bierzmowania. Zostałam jednak z dwóch powodów, którymi, jak to zawsze bywa w życiu, były dwie bardzo konkretne twarze.

Czyje?
Costanzy, 95-letniej babci, której układałam włosy i robiłam paznokcie. Sprawiało mi radość to, że mogę robić to dla niej i z nią. A potem tego przyjaciela, który zajmował się grupą GS. Przyjął mnie, potraktował poważnie i miał tak głęboką zdolność słuchania, że ​​byłam pod wrażeniem. Dlatego, kiedy zaprosił mnie na Triduum Paschalne do Rimini, powiedziawszy w pierwszej chwili „nie”, poczułam, że muszę powiedzieć „tak”. I pojechałam.

I co się stało?
Zrozumiałam, że Bóg istnieje. Wzruszyłam się do łez, słuchając świadectw księdza Aldo Trento i księdza Eugenio Nembriniego. Jednak przede wszystkim w mojej pamięci wyryła się Droga Krzyżowa na wzgórzu San Leo. Widok setki młodych ludzi idących w deszczu, a potem, na ostatniej stacji, widok tego, jak klękają. Pamiętam, że najpierw nie uklękłam i pomyślałam: „Albo wszyscy oszaleli, albo jest ktoś, kto nas kocha. Ktoś, kto jest naprawdę obecny”. Po czym ja też uklękłam. Bo w tym krzyżu i w tych braciach i siostrach rozpoznałam objęcie Ojca, który jest. Wszystko, co nastąpiło później, zrodziło się z pragnienia, by na nowo przeżyć to pierwsze spotkanie.

Kiedy zdałaś sobie sprawę z tego, że masz szczególne powołanie?
To była droga, podczas której czułam, że otrzymuję towarzyszenie w odczytywaniu na nowo mojej historii i w uświadamianiu sobie, że nic, nawet to, co najmniej lubiłam, to, co sprawiało mi cierpienie, nie pozostało niespełnione. Wszystko zostało mi podarowane na nowo, choć w inny sposób. Im bardziej to sobie uświadamiałam, tym bardziej rosło moje pragnienie poznania Tego, który przyodział mnie we wszystko. Nadszedł jednak konkretny moment, w którym zrozumiałam, co mi się przydarza. Byłam na mszy św. w Wielkim Poście w 2014 roku (moje życie zawsze się zmienia w tym okresie liturgicznym!) i czytano Ewangelię św. Łukasza opowiadającą o grzesznicy, która udaje się do domu Jezusa z flakonikiem wonnego olejku i, skulona u Jego stóp, zaczyna oblewać je łzami, ocierać włosami i całować. Poczułam w sobie całkowitą odpowiedniość i powiedziałam sobie: „Chcę tego”. Poczułam, że ból utraty tej szansy jest większy niż strach przed podjęciem ryzyka, i to sprawiło, że powiedziałam: „Idź, idź”.

Co ujęło Cię w świętym Franciszku?
Życie zakonne wyszło mi na spotkanie; nie szukałam jakiegoś konkretnego klasztoru. Bóg zawsze przychodzi przez ciało. Najpierw moje. Pragnę żyć radykalizmem Franciszka. On uczynił swoje życie poszukiwaniem miłości, która podtrzymywała go przy życiu. Z tego powodu mógł obejść się bez wszystkiego. Ponieważ płonęło w nim pragnienie znalezienia racji, dla której życie jest warte przeżycia. To właśnie jest powołanie, napęd, który rozpala i kieruje życiem każdego człowieka.

Jaką wartość posiada dla Ciebie wymiar wspólnotowy?
Bracia i siostry są narzędziem, które Bóg postawił u mego boku. Życie w braterstwie oznacza życie w świecie w stanie zażyłości, uczynienie go swoim domem. Braterstwo nie jest powołaniem; braterstwo to miejsce, w którym urzeczywistnia się osobiste powołanie. Potrzebuję brata, ponieważ przynosi mi zdumienie życiem; brat to ktoś, kto mówi mi, że jesteśmy czymś, co nigdy się nie kończy.

Na czym polega Twoja praca? Jak wyglądają Twoje dni?
W klasztorze w Asyżu, oprócz zajmowania się domem dla gości, przyjmujemy osoby w trudnej sytuacji. Poświęcamy również czas na wysłuchanie tych, którzy szukają pomocy lub rady. Wszystkie mamy swoje lokalne społeczności, takie jak szkoły, więzienia i Caritas, gdzie jesteśmy obecne i posługujemy. Ze względu na moje wykształcenie, polecono mi również kontynuowanie studiów z prawa kanonicznego. Często podróżuję, co tydzień jeżdżę do Rzymu, i jest to dla mnie wielki dar, ponieważ czyni mnie częścią poświęceń ludzkości. Współdzielenie o świcie podróży pociągiem z ludźmi jadącymi do pracy lub obserwowanie ich zmęczonych powracających wieczorem sprawia, że ​​czuję się częścią świata. I że moje życie zakonne niczego mi nie oszczędza.

A jak przyjmuje Cię świat?
Spotykam wiele otwartych serc, pełnych pragnienia pójścia naprzód. Czasami spotykam się z pogardą. Nigdy jednak z obojętnością. Zawsze mam nadzieję, że będę w stanie stawiać ludzi wobec miłości, która mną zawładnęła. Ponieważ jedynym przesłaniem, jakie mogę przekazać, nigdy nie jest wiedza, ale doświadczenie każdego poranka, kiedy budzę się i czuję się chciana, kochana, a zatem godna miłości. Zdaję sobie sprawę, że ci, którzy zwracają się po radę, bardziej niż odpowiedzi – której nie mam, bo nie jestem wyrocznią – oczekują, że będą noszeni w sercu.

CZYTAJ TAKŻE: Liban. Ojciec Pierre i Kościół, który pozostaje

A co to „noszenie w sercu” oznacza dla nas, chrześcijan, w obliczu wyzwań współczesnego świata?
Zawsze oczekuje się, że młodzi ludzie znów zaczną nawiedzać kościoły. Często tracimy czas na projektowanie nowych miejsc lub remontowanie już istniejących. Wierzę jednak, że młodzi oczekują, że będą odwiedzani tam, gdzie są. Jesteśmy powołani do współdzielenia człowieczeństwa innych, do wzbudzania w nich zaufania, które doprowadzi ich do kroczenia naprzód. Kiedy myślę o naszej misji, przychodzi mi na myśl gest biskupa Guido: wziął swój płaszcz, by okryć Franciszka, pozostawionego nagim przed wszystkimi na placu w Asyżu. To było objęcie, ochrona, która sprawiła, że ​​poczuł się w jakiś sposób uznany w tym, co – jak czuł – w nim się rodziło. Wzrusza mnie myśl, że niektóre nici tego płaszcza zostały wplecione w tkaninę pierwszego habitu Świętego. Niektóre spotkania nosimy w sobie, wszyte w siebie.