
Kard. Vesco. „Szukamy jedynego, który zbawia”
Spotkanie z kardynałem Jean-Paulem Vesco, arcybiskupem Algieru: „Bycie w mniejszości często wymaga nieprzeciętnej inteligencji. I nadziei”. Z lutowych „Tracce”W okresie poprzedzającym konklawe w maju ubiegłego roku dziennikarze watykańscy zwrócili uwagę na kardynała, który regularnie uprawiał poranny jogging przed dołączeniem do swoich kolegów w Kongregacjach Generalnych. Ten zwyczaj praktykuje Jean-Paul Vesco, arcybiskup Algieru, o przydomku „kardynał runner–biegacz”. Choć tak naprawdę zaskakująca to była jego odpowiedź na powtarzające się w tamtych tygodniach pytanie: „Ten, którego wybierzemy, został już dawno przygotowany przez Pana. To nie my tworzymy papieża. My go odkrywamy. Musimy znaleźć wśród nas tego, który już został wybrany”. Pośród niezliczonych analiz i przewidywań jego słowa, płynące ze spojrzenia skierowanego wyłącznie na serce Kościoła, odbiły się echem w mediach jako coś tak oryginalnego, że przeczyło ziemskiej logice. To samo wrażenie odnosi się, patrząc na CV tego człowieka: urodzony we francuskiej rodzinie katolickiej, do 30. roku życia pracował jako prawnik, prowadząc dwie kancelarie prawne, jedną w Paryżu i jedną w Lyonie. Potem, jak sam mówi, został „porażony piorunem”: zamknął wszystko i wstąpił do dominikanów. Wybór ten wkrótce zaprowadził go do Algierii, gdzie podjęto próbę odnowienia obecności dominikanów po śmierci współbrata Pierre’a Claverie, biskupa Oranu, zamordowanego w 1996 roku. Był on ostatnim męczennikiem, wraz ze swoim kierowcą, spośród 19 zakonników poległych w „czarnej dekadzie” wojny domowej, wśród których było również siedmiu mnichów z Thibirine, przedstawionych w filmie Ludzie Boga. Kardynał Vesco kontynuuje ich dziedzictwo i dziś, wraz z Kościołem w Algierii, przygotowuje się do obchodów trzydziestej rocznicy ich męczeństwa. „Ci błogosławieni są światłem dla naszej teraźniejszości i przyszłości – mówi. – To zwykli mężczyźni i kobiety, postawieni w niezwykłych okolicznościach, którzy do dziś mówią nam, że nienawiść nie jest odpowiedzią na nienawiść, ale że w zwykłej, bezbronnej obecności kryje się wywrotowa siła”.
Droga, która zaprowadziła Księdza Kardynała do Algierii, jest długa. Jak się rozpoczęła?
Od dziecka marzyłem o tym, by zostać prawnikiem. W wieku 11 lat chodziłem do sądu, żeby śledzić procesy. Chciałem walczyć z karą śmierci. Na studiach moją pasją stała się polityka. W wieku 20 lat byłem już radnym miejskim. Zawsze byłem bardzo zajęty. Kiedy otworzyłem własną praktykę, spełniło się wszystko, czego zawsze pragnąłem: praca, przyjaciele i życie uczuciowe. A także moja wiara. A jednak czułem się niezaspokojony. Czegoś mi brakowało. Miałem wrażenie, że życie toczy się pod ciężkim, szklanym sufitem.
Czy to wtedy uderzył w Księdza Kardynała „piorun”?
Zgadza się. Było to 14 sierpnia 1994 roku. Jechałem na weekend do Lisieux, żeby odwiedzić zaprzyjaźnionego mnicha, z którym w młodości byłem na kilku rekolekcjach. Pamiętam, jak prowadziłem mojego Saaba, a moja głowa była pełna problemów zawiązanych z pracą. Myśl o zostaniu księdzem nigdy wcześniej nie zaświtała w mojej głowie, ale kiedy uczestniczyłem we mszy św. z okazji święceń kapłańskich kilku mnichów, pojawiła się w moim sercu intuicja, że to właśnie jest moja „walka”. Mój niepokój mnie tam zaprowadził. I był Ktoś, kto wzywał właśnie mnie. Następnego dnia, wracając do Paryża, powiedziałem po prostu: „Tak, tego właśnie pragnę”. Dałem sobie rok na zamknięcie interesów, a potem wstąpiłem do dominikanów.
Dlaczego dominikanie?
Niełatwo odpowiedzieć. Czy mogłaby mi Pani wyjaśnić, dlaczego poślubiła Pani swojego męża? Czy jest najlepszy, najprzystojniejszy i najinteligentniejszy? Nie sądzę, ale to był on. Oczywiście, że upodobała go sobie Pani, ale zawsze coś umyka. Mógł to być ktoś inny, tymczasem to on. Tak samo jest ze mną. Zupełnie przypadkowo moja kancelaria znajdowała się naprzeciwko klasztoru dominikanów przy Rue du Faubourg Saint-Honoré. Odwiedzałem ich od czasu do czasu. Wybór właśnie ich był więc dla mnie naturalny: chciałem przyjąć święcenia kapłańskie i jednocześnie prowadzić życie zakonne. Reguła życia zakonu kaznodziejskiego to umożliwiała. To jest coś najbliższego wyjaśnieniu. Jednak to nie wszystko; jest jeszcze jedna część, która pozostaje tajemnicą. Bo to Bóg nas niesie i idzie z nami. Widzę to dziś bardzo wyraźnie. Jeśli spojrzę wstecz, dostrzegam jakby nić, która z pełnym poszanowaniem dla mojej wolności towarzyszyła mi przez całą moją drogę.
A jak ta nić doprowadziła Księdza Kardynała do Algierii?
Kiedy w 1996 roku zginęli mnisi z Tibhirine i biskup Claverie, właśnie kończyłem nowicjat. Pamiętam, że historia tych ludzi głęboko mnie poruszyła. Zapaliło się we mnie jakby małe światełko. Tajemnicze uczucie związało mnie z ich życiem. Cztery lata później, kiedy dominikanie zaczęli rozważać możliwość powrotu do Algierii, łatwo było mi się zaoferować. W ten sposób, po kolejnych czterech latach przygotowań i studiów, osiedliłem się tam w 2002 roku.
Następnie, w 2015 roku, został Ksiądz Kardynał mianowany biskupem Oranu, diecezji, w której biskup Claverie mieszkał do swojej męczeńskiej śmierci. Tam, w 2018 roku, odbyła się beatyfikacja 19 męczenników. Jakie to było dla Księdza Kardynała doświadczenie?
Po przyjeździe uderzył mnie ten Kościół, który składał się z błogosławionych. Błogosławionych, którzy oddali życie aż po śmierć, ale także błogosławionych, którzy oddali je, pozostając, cierpiąc i współdzieląc wszystko z ludźmi. W swojej pokornej posłudze byli świadkami Ewangelii, a to, wraz z krwią męczenników, stało się cechą charakterystyczną, obliczem Kościoła w Algierii. Początkowo wydawało nam się niemożliwe zorganizowanie beatyfikacji tutaj, ponieważ nigdy wcześniej nie miało to miejsca w tradycyjnie muzułmańskim kraju. Trudno było upamiętnić 19 zamordowanych chrześcijan, gdy kraj poniósł 200 tysięcy ofiar, w tym ponad stu imamów. Ostatecznie jednak, przy wsparciu władz państwowych, podjęliśmy decyzję o przeprowadzeniu jej w Oranie, w Sanktuarium Matki Bożej Świętego Krzyża, na „Esplanadzie Życia w Pokoju”, jak przemianowano rozległą przestrzeń nadmorską rozciągającą powyżej sanktuarium. Był to gest, który zaangażował wszystkich i pozostawił ślad w świadomości kraju. Wszystko, co wydarzyło się tego dnia, mówiło o obecności żywego Boga, obecnego wśród nas, chrześcijan i muzułmanów.
Jak wygląda współistnienie dzisiaj? Co oznacza życie wiarą chrześcijańską w Algierii?
Najnowsza historia Kościoła w Algierii to historia stopniowej utraty wszelkiej władzy, wszelkiej wymiernej użyteczności, ale nie straciła niczego ze swojego znaczenia. Nie wolno nam bać się kruchości ani nawet pewnej prowizoryczności. Chrześcijaństwo zostało zbudowane na męczeństwie, etymologicznie „świadectwie”, i nigdy nie jest bardziej wierne Ewangelii niż wtedy, gdy jest mniejszością, a czasem nawet prześladowane, ponieważ rodzi autentycznych świadków. Jest to paradoks. Nikt nie szuka tej kruchości, ale jeśli zdarza nam się jej doświadczać, to właśnie tam możemy doświadczyć siły. Bo szukamy Jedynego, który zbawia. Bycie w mniejszości często wymaga nieprzeciętnej inteligencji. A przede wszystkim nadziei. I w ten sposób, samą naszą obecnością, jesteśmy powołani do tego, by pustynia zakwitła.
W niedawno wydanej książce zatytułowanej Far cadere i muri („Zburzyć mury”), w której Ksiądz Kardynał rozmawia z protestanckim pastorem, mówi Ksiądz Kardynał, że „Kościół potrzebuje świadków bardziej niż ekspertów”. Na czym polega misja, głoszenie?
Chodzi nie tyle o to, jak działamy, ale o to, dlaczego tu jesteśmy. Ewangelia jest utkana ze spotkań Jezusa z ludźmi spragnionymi sensu. On spędza dni, odpowiadając na pytania egzystencjalne, ponaglające wołanie o pomoc. To pragnienie jest zawsze obecne, także dzisiaj, i czeka na zaspokojenie. Nasz Kościół jest tam wyczekiwany. Nie z gotowymi odpowiedziami, ale pragnąc zanosić to, co mamy – wiarę, która daje życie. W tym sensie misja różni się znacznie od prozelityzmu. Ten ostatni w istocie wynika z lęku, jaki budzi we mnie drugi człowiek, tak różny ode mnie. Robię więc wszystko, aby był taki jak ja, nie patrząc na cząstkę prawdy, która w nim zamieszkuje. Kościół misyjny musi poświęcić czas na spotkanie z drugim człowiekiem, z każdym człowiekiem, takim, jaki jest, i z tym, co wnosi. Jako chrześcijanin wyznaję Chrystusa, który jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, niosącym zbawienie dla całej ludzkości. Nie mogę jednak rościć sobie prawa do posiadania ostatniego słowa w sprawie tego Chrystusa i Jego planu zbawienia dla świata, tak nieskończenie przewyższa On moją świadomość o tym.
Co oznacza przeżywanie tego w relacjach z muzułmanami?
Różnorodność religii to tajemnica przynależna Bogu. Uświadomienie sobie tej tajemnicy jest pierwszym antidotum na prozelityzm. I to właśnie sprawia, że pragnę wejść w relację z każdym, kto mnie szuka i prosi o przyjaźń lub ma pytania dotyczące mojej chrześcijańskiej tożsamości. Co jakiś czas, podczas różnych rozmów, słyszę, jak ktoś mówi: „Szkoda, że nie jesteś muzułmaninem; jesteś porządnym człowiekiem”. To mnie głęboko rani, ponieważ nie rozpoznają i nie szanują tego, co tkwi głęboko we mnie i co czyni mnie „porządnym człowiekiem”, za jakiego mnie uważają. Nie chcę robić tego samego; nie chcę patrzeć na nich, lekceważąc ich historię, ponieważ to wypacza i niszczy relację. Prawdziwy misjonarz potrzebuje prawdy drugiego człowieka, jak twierdził biskup Claverie.
Zeszłego lata po raz pierwszy uczestniczył Ksiądz Kardynał w Meetingu w Rimini, gdzie Ksiądz Kardynał zabrał głos podczas prezentacji wystawy „Wezwani dwa razy. Męczennicy Algierii”. Jakie to było doświadczenie?
Imponujące. Spędziłem tam pięć dni i poznałem mnóstwo ludzi. Widziałem zaangażowanie, dyspozycyjność i kreatywność. Wszyscy byli tam na sto procent. Rezultatem była jakość, którą dostrzegałem nawet w najdrobniejszych szczegółach. Był tam pewien chłopak, Giovanni, który mi towarzyszył i pomagał we wszystkim. Student, który poświęcił część swoich wakacji na zbudowanie kawałeczka tego wydarzenia, które dla mnie jest znakiem żywego Kościoła, prawdziwie wcielonej wiary, takiej, która pragnie przeniknąć wszystkie aspekty rzeczywistości. Kiedy dotarłem na wystawę poświęconą męczennikom z Algierii, rozpłakałem się. Byłoby wspaniale, gdyby mogła stać się wystawą stałą z okazji trzydziestej rocznicy, do której obchodów przygotowujemy się w tym roku.
CZYTAJ TAKŻE: Biskup Paccosi: „Ksiądz Giussani, ojcostwo w drodze”
Dziennikarzom, którzy dostrzegali coś dziwnego w tym, że Ksiądz Kardynał uprawia jogging, odpowiedział Ksiądz Kardynał, że w bieganiu jest wolność, oddech. Czym jest wolność?
Biegam od zawsze, odkąd byłem mały. Po prostu to kocham. Jasne, daje mi to poczucie wolności, ale wolność to coś więcej. Bo mam nadzieję, że będę wolny, nawet gdybym jutro siedział na wózku inwalidzkim! Chrystus jest moją wolnością. Mnie też zdarza się czasem budzić rano z niepokojem, pełnym zmartwień. Wyzwala mnie jednak świadomość, że mój Bóg jest ze mną i nigdy nie pozwala mi upaść. „Wiem, że jesteś ze mną”, dlatego mogę się nie bać. To jest nieograniczona wolność, ale musimy jej szukać każdego dnia. Także jako Kościół, to właśnie pomaga nam mniej martwić się o przyszłość. Tak bardzo staramy się planować, ale liczy się chwila. Pan jest tu dzisiaj i wie, co robi. Musimy pamiętać, aby żyć, przeżywać w pełni to, co nam się przydarza. Dla mnie to jest kwestia nieprzemijająca.#Ślady