
Paradoks rodziny. Uszczęśliwia, ale wyszła z mody
Badacze nie mają wątpliwości: ci, którzy się wiążą, żyją lepiej, dłużej i pogodniej. Jednak zawieranych jest coraz mniej małżeństw, a dzieci są rzadkością. Zapowiedź z wrześniowego numeru „Tracce”*Profesor zwyczajny ekonomii politycznej na Uniwersytecie Lumsa w Rzymie i profesor ekonomii politycznej Instytutu Rodziny w Papieskim Instytucie Studiów nad Małżeństwem i Rodziną im. Jana Pawła II
Korea Południowa: 0,75 dziecka na parę. Włochy: 1,2. Finlandia: 1,4. Turcja: 1,5. Stany Zjednoczone: 1,6. Aby zapobiec spadkowi liczby ludności, potrzebny byłby parytet 2,1, ale nikomu, z wyjątkiem kilku krajów Afryki Subsaharyjskiej, od jakiegoś czasu nie udało się osiągnąć tego celu. Przyjrzyjmy się geografii tych liczb: społeczeństwo konfucjańskie, katolickie, zsekularyzowane, muzułmańskie, protestanckie; dojrzałe i rozwijające się gospodarki; hojne systemy opieki społecznej i rodziny pozostawione samym sobie. Przez dekady powtarzaliśmy sobie, że spadający wskaźnik urodzeń to przede wszystkim kwestia pieniędzy: dzieci nie rodzą się, bo kosztują, bo praca jest niepewna, bo brakuje żłobków. Jest w tym trochę prawdy, powiedzmy to jasno. Kiedy jednak ten sam objaw pojawia się w tak zróżnicowanych środowiskach, diagnozy należy szukać w tym, co je łączy.
A tym, co łączy Seul i Rzym, Helsinki i Stambuł, nie są koszty opieki nad dziećmi – jest nim wspólna narracja o tym, co sprawia, że życie jest warte przeżycia. Spadający wskaźnik urodzeń jest coraz bardziej kwestią kulturową, a coraz mniej ekonomiczną.
Jaka zatem jest dominująca narracja kulturowa? Znamy ją dobrze: indywidualizm i hedonizm naszych czasów skłaniają nas do postrzegania rodziny jako ograniczenia, a dzieci jako kosztu – pieniędzy, czasu, wolności. Pożądany horyzont, ten, który maksymalizuje użyteczność (używając żargonu ekonomistów), ma teraz całe mnóstwo akronimów, wymyślonych, warto zauważyć, nie przez demografów, a przez reklamodawców, którzy wyczuwają nisze konsumenckie, zanim nauka zdąży je zmierzyć. Najsłynniejsi to DINK, czyli double income no kids – podwójny dochód, zero dzieci, gloryfikowani w mediach społecznościowych jako arystokracja czasu wolnego. Następnie są DINKWAD, którzy do podwójnego dochodu dodają psa (with a dog): zastępcze dziecko, które nigdy nie poprosi, aby utrzymywać je na studiach. GINK (green inclinations non kids – ekologiczne skłonności, zero dzieci), którzy do tego, z czego rezygnują, dodają ekologiczną aurę: dzieci, jak wiemy, zanieczyszczają środowisko.
Jednak arsenał nie wyczerpuje się na parze. Dla tych, którzy uważają nawet swojego partnera za uciążliwego, istnieją SINK (single income no kids – jeden dochód, zero dzieci), sologamia – małżeństwo z samym sobą, celebrowane suknią, pierścionkiem i tortem – oraz japońskie ohitorisama, „honorowy stół dla jednej osoby”, samotna konsumpcja podniesiona do rangi stylu życia. Rynek, jak zawsze, wyprzedził socjologów. Dzień Singla, zainicjowany w Chinach w 1993 roku jako studencki żart – obchodzony 11 listopada, daty składającej się z samych jedynek – jest obecnie największym dniem zakupów na świecie. Celebrowanie życia bez więzi stało się dosłownie największym świętem konsumpcyjnym, jakie kiedykolwiek wymyślono: tam, gdzie nie ma dzieci do utrzymania, jest cały income do wydania.
To, że osoby bezdzietne są kluczem do zrozumienia demograficznej zimy, zostało niedawno ujawnione w badaniu opublikowanym w „Scientific Reports” (Shaw 2025). Proponowane ćwiczenie jest proste: współczynnik dzietności to średnia łącząca osoby posiadające dzieci z tymi, którzy ich nie posiadają. Spróbujmy rozdzielić te dwie grupy, a odkryjemy coś zaskakującego: kobiety zostające matkami, także we Włoszech, nadal mają średnio dwoje dzieci, a liczba ta pozostaje praktycznie stabilna od dziesięcioleci. Gwałtownie spadła natomiast liczba kobiet decydujących się na rodzicielstwo: w obecnym tempie ponad cztery na dziesięć kobiet we Włoszech nie posiada dzieci, w porównaniu z mniej niż trzema we Francji i ponad pięcioma w Korei Południowej. Krótko mówiąc, spadający wskaźnik urodzeń nie jest wynikiem zwiększania się liczby rodzin poprzestających na jednym dziecku, ale wynikiem zwiększania się liczby tych, którzy w ogóle nie zostają rodzicami.
Warto zatem przypomnieć sobie pierwotny akronim, ukuty w latach 80., a obecnie zapomniany: DINKY, double income no kids yet – podwójne dochody, na razie bez dzieci. W ciągu jednego pokolenia końcowe „y” odeszło w zapomnienie. Dla niektórych był to wypadek: właściwy moment odkładany rok po roku, aż odraczanie po cichu przegapiło biologiczne okno i „na razie” stało się „nigdy” bez niczyjego przyzwolenia. Jednak dla wielu innych „y” nie zostało zapomniane: zostało usunięte ze spokojnym przekonaniem po dokonaniu obliczeń i dojściu do wniosku, że gra nie jest warta świeczki. To kulturowy znak rozpoznawczy naszej epoki, a wraz z „y”, w obu przypadkach, przeminęła również przyszłość.
Czy jednak obliczenia są poprawne? Czy naprawdę jest nam lepiej bez wiążących więzi i dzieci? W tym przypadku zdrowy rozsądek i dowody empiryczne są dramatycznie rozbieżne. Pięćdziesiąt lat badań nad szczęściem mówi coś odwrotnego: związek między założeniem rodziny a subiektywnym dobrostanem jest jednym z najbardziej wiarygodnych i powtarzalnych odkryć w całej literaturze: „Góra danych ujawnia, że ludzie są szczęśliwsi, gdy są połączeni, niż gdy żyją bez więzi”, by użyć słów Davida Myersa w słynnej recenzji. A góra danych nie kończy się na samodeklarowanym szczęściu. Medycyna i nauki społeczne dokumentują dłuższą przewidywalną długość życia osób pozostających w związkach małżeńskich, lepsze rokowania w przypadku poważnych chorób oraz znacznie niższe wskaźniki samobójstw i uzależnień. Istnieje nawet „premia płacowa” w małżeństwie: rodziny zbudowane na małżeństwie zarabiają i oszczędzają więcej dzięki korzyściom skali, specjalizacji i współdzielenia ryzyka.
W niedawnym badaniu przeprowadzonym z Dalilą de Rosą, Pierluigim Murro i Matteo Ruberto, przetestowaliśmy te dowody, wykorzystując trzydziestoletnie dane ISTAT – ponad milion Włochów, z którymi przeprowadzono wywiady w latach 1993–2023 – dzieląc subiektywny dobrostan na sześć wymiarów: warunki ekonomiczne, praca, zdrowie, czas wolny, relacje rodzinne i przyjaźnie. W niemal każdej dziedzinie hierarchia jest taka sama: osoby w związkach małżeńskich mają się lepiej niż osoby w związkach partnerskich, a osoby w związkach partnerskich mają się lepiej niż single. Dzieci z kolei nie przynoszą taniego szczęścia: zmniejszają satysfakcję finansową i związaną z czasem wolnym, ale zwiększają zadowolenie ze zdrowia i – niespodzianka – satysfakcję z przyjaźni: rodzice są bardziej zajęci, ale zdrowsi i mniej samotni.
Zastrzeżenie da się przewidzieć i literatura od dawna je zgłasza: czy małżeństwo uszczęśliwia ludzi, czy raczej ludzie szczęśliwi się pobierają? Selekcja osób szczęśliwych w małżeństwie rzeczywiście istnieje, ale badania śledzące te same osoby na przestrzeni lat pokazują, że nie wyjaśnia ona wszystkiego: więź małżeńska generuje dobrostan, nie ograniczając się tylko do jego akumulowania. A jedyną pewną ceną zaangażowania rodzinnego pozostaje wolny czas. Tylko jedna dziedzina na sześć. Ci, którzy wiążą się na całe życie, rezygnują z jakichś wolnych wieczorów, a zyskują zdrowie, relacje i sens; ci, którzy wybierają życie bez więzi, maksymalizują czas dla siebie, płacąc za resztę.
Współczesna narracja obsesyjnie koncentruje się na jednym wymiarze, w którym rodzina traci – to znaczy na czasie wolnym – ignorując inne wymiary, w których zyskuje, ponieważ to właśnie w relacjach międzyludzkich kwitnie wolność.
I tu tkwi prawdziwa zagadka: skoro małżeństwo przynosi takie korzyści, dlaczego tak bardzo wyszło z mody? W ciągu trzydziestu lat wskaźnik małżeństw we Włoszech spadł o około 40%, a liczba urodzeń pozamałżeńskich wzrosła z niecałych 10% do około 40% (dane ISTAT). W niektórych krajach małżeństwo staje się wręcz przywilejem klas wykształconych i zamożnych – dobrem luksusowym, nawet jeśli jest przedstawiane jako klatka. Żadna standardowa teoria ekonomiczna nie wyjaśnia, dlaczego miliony rozumnych ludzi odwracają się od instytucji, dzięki której mieliby się lepiej. Zaryzykuję odpowiedź, będącą zresztą racją, dla której ta refleksja znajduje tu swoje miejsce. Preferencje nie biorą się z niczego: kształtują się w narracjach, które kultura tworzy na swój temat. A współczesna narracja obsesyjnie skupia się na jednym wymiarze, w którym rodzina traci – na czasie wolnym z jego liturgią podróży, aperitifem i doświadczeniami wartymi uwiecznienia na zdjęciach – pomijając inne wymiary, w których zyskuje.
Występuje tu zupełna heterogeniczność celów: poszukując pełnego życia w wolności od wszelkich więzi, stajemy się samotni, mniej zdrowi, a nawet nie bogatsi. Wobec tak silnego przesłania dotacje są mile widziane; pozostają niezbędne, ale nie wystarczają. Potrzebujemy prawdziwszego przesłania: przesłania antropologii, w której osoba jest z natury relacją, a rodzina nie jest ogrodzeniem ograniczającym wolność, ale miejscem, w którym wolność rozkwita. Wyzwanie związane ze wskaźnikiem urodzeń rozgrywa się właśnie tutaj: nie chodzi przede wszystkim o przekonanie ludzi, że dzieci kosztują mniej, niż się obawiają, ale o dawanie świadectwa o tym, że więzi czynią nas wolnymi, a nawet – jak pokazują obecne liczby – szczęśliwymi.