Franco Nembrini (©Meeting Rimini)

„Giussani nawrócił mnie dzięki Marksowi”

Dzięki uprzejmości dziennika „La Verità” publikujemy wywiad z Franco Nembrinim, pedagogiem i eseistą, z okazji zakończenia diecezjalnego etapu procesu kanonizacyjnego założyciela CL
Lorenzo Bertocchi

„Ta idea towarzystwa, którą ksiądz Luigi Giussani zapoczątkował ponad pięćdziesiąt lat temu, jest tym, czego najbardziej potrzebujemy dzisiaj, także w Kościele”. To słowa Franco Nembriniego, nauczyciela i eseisty, wychowawcy, znawcy Dantego i Bergamasco z krwi i kości. Czuje się szczególnie poruszony zakończeniem diecezjalnego etapu procesu kanonizacyjnego Sługi Bożego księdza prałata Luigiego Giussaniego (1922–2005). Będzie ono miało miejsce dzisiaj (14 maja 2026 roku – przyp. red.) o godzinie 17:00 w bazylice św. Ambrożego w Mediolanie, a poprzedzi je recytacja Nieszporów, którym przewodniczył będzie arcybiskup Mario Delpini. Giussani odmienił bowiem życie Franco Nembriniego, podobnie jak życie kilku pokoleń ludzi, którzy dzięki charyzmatowi tego kapłana i właśnie dzięki „towarzystwu”, jakie zrodził, zetknęli się z „rzeczywistością Chrystusa”.

W 1954 roku ksiądz Giussani zrezygnował z nauczania teologii, aby poświęcić się całkowicie uczniom liceum Bercheta w Mediolanie. Od tego momentu rozpoczął się niepowstrzymany wzrost, prowadzący do narodzin Comunione e Liberazione. Czy ksiądz Giussani naprawdę chciał coś stworzyć?
Wielokrotnie powtarzał: „Nie zamierzałem niczego tworzyć, a jedynie przywoływać do istoty chrześcijaństwa”. Cechą charakterystyczną Giussaniego jest to, że nie zajmował się jakimś konkretnym zagadnieniem. Zajmował się wszystkim. Ponieważ zakładał, że ​​ludzkie serce jest dobrze stworzone, zostało stworzone przez Boga, i żyje poszukiwaniem Boga. Najpiękniejszą definicję, moim zdaniem, podał w obecności Jana Pawła II w 1998 roku: ludzkie serce żebrzące o Chrystusa i Chrystus żebrzący o ludzkie serce. To jest kwintesencja jego charyzmatu, z tego, co widziałem i zrozumiałem. Krótko mówiąc, interesował się człowiekiem, człowiekiem takim, jakim stworzył go Bóg.

Często jednak oskarżano go o uprawianie polityki: czy go źle zrozumiano, czy może ktoś, kto go oskarżał, sam uprawiał politykę?
Nie można oskarżać Giussaniego o politycznie wykorzystywanie relacji; naprawdę nie można mu tego zarzucać. Wykorzystywał on religijnie, w głębokim sensie tego słowa, również relacje polityczne. To owszem, ponieważ polityka jest wymiarem ludzkiego życia, wymiarem ludzkiej ekspresji, gdy stara się zbudować coś dobrego. Dlatego działalność polityczna nigdy nie była mu obca. Była jednak absolutnie funkcjonalna dla urzeczywistnienia się przeznaczenia, powołania wszystkich, których spotykał. Powtarzam: powiedzieć, że uprawiał politykę w potocznym sensie, w jakim używamy tego określenia, to właśnie zdradzić jego intencje i duchowość.

Jak poznał Pan księdza Giussaniego?
Poznałem go w momencie kryzysu wiary, w całym chaosie 1968 roku. Między 15. a 17. rokiem życia nie chodziłem już do kościoła; przeżywałem głęboki kryzys. I to w bardzo szczególny sposób, ale to dość długa historia.

Proszę opowiedzieć.
Jedna z moich sióstr poznała chłopaka z mediolańskiego CLU, CL dla studentów, który przyjechał do naszego miasteczka na wakacje. Zaprosił ją – ona również była w kryzysie – do udziału w spotkaniach z młodym księdzem z Mediolanu, którym był właśnie ksiądz Giussani. Szybko dojrzało w niej bardzo radykalne powołanie: zostać klauzurową benedyktynką. Giussani wspierał ją duchowo i kilka miesięcy przed jej wstąpieniem do klasztoru postanowił przyjechać i poznać rodzinę tej młodej dziewczyny z Bergamo, która twierdziła, że ​​ma dziewięcioro rodzeństwa. Pewnego dnia odwiedził nas w naszym domu. Moja matka poprosiła go o spowiedź i zwierzyła mu się z bólu, który dręczył ją od jakiegoś czasu: jej pierworodny syn był w niższym seminarium przez siedem lat, odszedł po wakacjach po piątej klasie gimnazjum i bardzo szybko stał się działaczem politycznym, zadeklarowanym wrogiem Kościoła i chrześcijaństwa. Dla niej, katoliczki i wieśniaczki z Bergamo, przyjęcie przez pierworodnego syna święceń kapłańskich byłoby ukoronowaniem jego powołania. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Zwierzyła się z tego księdzu Giussaniemu. Nie wiem, co sobie powiedzieli. Faktem jest, że kilka dni później do mojego domu dotarła paczka z książkami dla mojego brata, z odręcznie napisanym przez księdza Giussaniego bilecikiem. Zadzwoniliśmy do niego i powiedzieliśmy, że ten prezent dotarł z Mediolanu. Tego wieczoru wrócił do domu, żeby odebrać paczkę, której nikt nie odważył się otworzyć. Pamiętam scenę przy stole: dziewięcioro rodzeństwa, tata i mama i Angelo otwierający tę paczkę, która dotarła z Mediolanu. Pomyślałem sobie: oto zwykły ksiądz próbuje odnaleźć zabłąkaną owcę, podarował mu zapewne Biblię, Ewangelię, żywoty świętych… Tymczasem pierwszą książką, którą wyjął mój brat, był Kapitał Karola Marksa. A potem pamiętam inne książki, jeszcze gorsze niż Kapitał, no cóż, to są książki, które Giussani podarował mojemu bratu komuniście. Wtedy się nawróciłem.

W jakim sensie?
Bo w jednej chwili olśniła mnie następująca myśl: ten ksiądz ma coś wspólnego z Bogiem. Tylko Bóg jest miłosierdziem. Tylko Bóg jest definicją miłości, której nauczyłem się jako dziecko na katechezie: Bóg pierwszy nas umiłował. Trzy miesiące później uczestniczyłem w pierwszym zjeździe CL w Pesaro.

A kiedy spotkał go Pan ostatni raz?
21 stycznia 2003 roku. Wracałem z podróży do Sierra Leone. Nie kontaktowałem się z nim od jakiegoś czasu. Zadzwonił do mnie: „Słyszałem, że byłeś w Sierra Leone; przyjedź do mnie i opowiedz mi o tym”. Zjadłem z nim obiad. Przez miesiące nie byłem w stanie nikomu o tym opowiedzieć. Wybuchałem płaczem, gdy pytali mnie o przebieg tego obiadu. Wywarł na mnie bardzo silne wrażenie, podobne do pierwszego razu. Wydawało mi się, że ten człowiek, dokładnie w tym momencie, oddałby za mnie życie. Kiedy widziałem go po raz ostatni, zostawił mi to spojrzenie jako spuściznę.

CZYTAJ TAKŻE: Ksiądz Giussani: Diecezjalny etap procesu kanonizacyjnego zakończony

Gdyby ksiądz Giussani został kiedyś kanonizowany, co taki święty jak on mógłby dać całemu Kościołowi, także poza „towarzystwem” CL?
To, co już może dać całemu Kościołowi, to dokładnie to samo, co dał nam, którzy go poznaliśmy: ponowne skupienie się na tym, co istotne, czyli na Chrystusie. A zatem towarzystwo potrzebne, by przeżyć dzisiaj to spotkanie z żywym Chrystusem, towarzystwem, które cię wychowuje, towarzyszy ci, przebacza.

Wywiad opublikowany na łamach „La Verità” 14 maja 2026.