
Wikary, który rzucił wyzwanie ateizmowi ZSRR
O. Aleksander Mień został zamordowany w 1990 roku przez nieznanych zamachowców. Znany jest dzięki ks. Scalfiemu, ks. Giussaniemu i Stowarzyszeniu „Russia Cristiana” i (z lutowych „Tracce”)*Dziennikarz i pisarz
Lata 70. XX wieku. Na wykładach z Wprowadzenia do Teologii na Uniwersytecie Katolickim wykładowca ksiądz Luigi Giussani poszerzał nasze spojrzenie. Ileż odkryć! Wprowadził także temat chrześcijaństwa wschodniego, jego głębi i dążenia do piękna. Nawiązał – przypominam sobie – do kategorii sobornostii, żywej komunii w Chrystusie, zgłębianej przez wielkich rosyjskich teologów. Zwrócił też uwagę na przemilczane na Zachodzie prześladowania wspólnot chrześcijańskich w Związku Radzieckim, zapraszając nas do lektury „Russia Cristiana” („Chrześcijańskiej Rosji”), miesięcznika, który tłumaczył i publikował teksty samizdatowe, tajnego, samozwańczego wydawnictwa, pulsującego w ciele społecznym niczym tętnica.
W tamtych latach Giussani niezliczoną ilość razy cytował „Russia Cristiana”, która zanim stała się czasopismem, była dziełem ekumenicznym. Zdarzało się, że towarzyszył mu człowiek, który założył ją w 1957 roku i był jej duszą, a zarazem ciałem, ksiądz Romano Scalfi (1923–2016): „Mój zwierzchnik” – tak go nazywał, ponieważ mieszkał piętro wyżej, w tym samym skromnym budynku przy Via Martinengo w Mediolanie. Cytując Scalfiego, ksiądz Giussani wyjaśniał różnicę między Rosją a Związkiem Radzieckim i zasugerował, abyśmy zapoznali się z postacią Pawła Florenskiego (kapłana, męczennika rozstrzelanego w Gułagu w 1937 roku), którego tom Filar i podpora Prawdy właśnie ukazał się po włosku. Zapewniał nas, powołując się na opinię Scalfiego, że jest to dzieło fundamentalne – filozoficzne, teologiczne, egzystencjalne – również dla nas.
Był rok 1974. Świat nic nie wiedział o tym uniwersalnym geniuszu, my, zebrani w sali wykładowej, gdzie wykładał Giussani, również nie. We Włoszech nie byliśmy niczego świadomi, tutaj nawet Archipelag Gułag Sołżenicyna nie mógł – w przeciwieństwie do reszty świata – naruszyć nabożeństwa głównego nurtu myśli do marksizmu-leninizmu. Jak potężny świat, jakie świadectwo, których prawdy prześladowania nie były w stanie unicestwić, dali nam ci dwaj, Giussani i Scalfi, przebijając pancerz kłamstw... „Russia Cristiana”, publikowane przez nią teksty, świadectwa, które podczas studenckich rekolekcji Comunione e Liberazione przekazywał nam ksiądz Scalfi, stały się szkołą. W „Il Sabato”, tygodniku rozprowadzanym w latach 1978–1993 przez „katolików wszelkiego rodzaju” (jak głosiło hasło), my, przybyli z tej sali wykładowej, staraliśmy się być echem tej rzeczywistości, zwłaszcza za pośrednictwem Iriny Alberti, sekretarki Aleksandra Sołżenicyna.
Dopóki nie miałem szczęścia – a raczej powiedziałbym łaski – spotkania, które bardziej niż jakiekolwiek inne nauczyło mnie – i wierzę, że dalej uczy – tego, czym byli i są dla nas (przez to „my” mam na myśli całą ludzkość) prześladowani chrześcijanie z tych ziem, gdzie, pomimo wrogów, nowe życie kąsało tyranowi piętę, nie mając żadnego zamiaru obalić go przemocą ani nawet jakąkolwiek alternatywną ideologią. Ależ jak: interesował ich tylko Chrystus. „Chrystus jest pośród nas”, jak głosi liturgia wschodnia i jak świadczył o tym ojciec Aleksander Mień. Był wikarym, a wokół jego małego kościoła w Nowej Derewnej, 40 kilometrów od Moskwy, wyrosła wspólnota, która zasiewała wiarę w środowiskach niegdyś zdominowanych przez ateizm, pozbawiając go mocy oszustwa.
Spotkałem go pewnego listopadowego wieczoru w 1989 roku w Mediolanie. Najpierw przy stole, potem w Centrum Kultury San Carlo w Mediolanie, w audytorium przy Corso Matteotti. Nie były to dwa odrębne momenty. Ten sam głos, ta sama wolność, to samo spojrzenie. Przy kolacji ojciec Aleksander Mień niewiele mówił o sobie. Dużo słuchał. Jego obecność nie zajmowała przestrzeni i właśnie dlatego ją wypełniała. 
Jedna rzecz uderzyła mnie od razu: całkowity brak pozy. Ani śladu samozadowolenia dysydenta ani egzaltacji prześladowanego. Było oczywiste, że wiedział, iż żyje na krawędzi, a jednocześnie było jasne, że ta krawędź nad nim nie dominowała. Pośród tego radosnego napięcia, tego ciętego humoru, który od czasu do czasu rozkwitał niespodziewanie, przyszło mi do głowy, bez żadnej kalkulacji: ten człowiek przypomina Luigiego Giussaniego. Nie w swoim zewnętrznym temperamencie, nie w języku. W swojej wewnętrznej strukturze. W tym, że wiara nigdy nie była oddzielona od konkretnego życia, od pojmowania rzeczy, od smaku życia.
A potem, tego samego wieczoru, odbyło się publiczne spotkanie, gdzie miałem zadawać pytania. Sala była pełna. Uważna cisza. I ta odpowiedź, która nawet dziś, po dziesięcioleciach, wciąż przemawia do mnie jak mała przypowieść. Zapytałem go, co go uderzyło we Włoszech. Odpowiedział bez wahania: „Wyobraziłem sobie wszystko: supermarkety, wolność słowa bez strachu przed policją, tłum u papieża. Jedyne, czego sobie nie wyobrażałem – i to przekraczało moje wyobrażenia – to ruch uliczny w Rzymie”. Sala się zaśmiała. Nie był to jednak tylko żart, który miał rozweselić publiczność. To był humor paschalny: wolność kogoś, kto już zawierzył życie i właśnie dlatego może się śmiać z nieprzewidzianych okoliczności. W tamtej chwili było to jasne jak słońce: Mień wiedział, że jest na celowniku. Można jednak zachować beztroskę, pozostając myślami z Chrystusem. Humor Tomasza Morusa, również męczennika, ale w rosyjskim stylu. Chrześcijaństwo – mówił – które mimo to niosło ze sobą wielką i ukochaną historię, dopiero się zaczynało, nie tylko w okolicach Moskwy, ale wszędzie, czas nowego życia i krzyża.
Chrześcijaństwo ojca Mienia nigdy nie było polemiczne. Nie dlatego, że było słabe, ale dlatego, że było bardziej radykalne. Nie zwalczał ateizmu jako systemu. Zwalczał – mówił to wprost – fałszywe chrześcijaństwo, to sprowadzone do ideologii, schronienia, tożsamości obronnej. W tekstach zebranych pod tytułem Cristo oggi („Chrystus dzisiaj”) Mień kładzie nacisk na kwestię, która brzmi niemal prowokacyjnie: współczesny ateizm nie rodzi się przeciwko Chrystusowi, lecz przeciwko Jego karykaturze. A odpowiedzią nie może być kontrideologia, lecz inne życie, prawdziwsze ludzkie doświadczenie, poprzez przeniesienie kwestii z dialektyki na rzeczywistość egzystencjalną.
Uderzająca jest tu głęboka zgodność z Giussanim: chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim doktryną moralną ani systemem kulturowym, lecz wydarzeniem, które dokonuje się w życiu, rodząc nowe serce. Struktury pojawiają się później. I tylko wtedy, gdy serce się zmienia, zmienia się świat. Ojciec Mień czytał tomy PerCorso i był nimi po prostu zachwycony.
Prześladowania chrześcijan w Rosji – wybaczcie historyczną dygresję – nie były epizodyczne, związane z kaprysami Stalina. Były programowe, od początku wpisane w bolszewicki projekt. Za Lenina, w latach 1918–1923, Kościół był atakowany jako wróg fizyczny i metafizyczny. Liczby, choć wciąż przybliżone, są imponujące i spójne: ponad 28 tysięcy prawosławnych księży zamordowanych we wczesnych latach reżimu; ponad 100 tysięcy duchownych aresztowanych, deportowanych lub skazanych na roboty przymusowe; setki biskupów rozstrzelanych lub zabitych w łagrach; dziesiątki tysięcy świeckich wyeliminowanych jako „elementy antyradzieckie”.
W samym 1922 roku, podczas konfiskaty majątku kościelnego, tysiące wiernych zostało zabitych, gdy próbowali bronić kościołów i relikwii. Sam Lenin w liście wewnętrznym mówił o potrzebie „bezlitosnego” uderzenia w Kościół, wykorzystując głód do zmiażdżenia jego oporu. A jednak – i to jest liczący się paradoks – wiara nie została unicestwiona. Została ogołocona. Zredukowana do tego, co najistotniejsze. Powierzona rodzinom, przyjaźniom, małym grupom. Stała się elementarnym doświadczeniem. „Ja”, które nieubłaganie staje się „my”.
Po Stalinie na Zachodzie rozprzestrzeniło się przekonanie, że życie wierzących stało się łatwiejsze. To nieprawda. Za Nikity Chruszczowa, który rządził ZSRR w latach 1953–1964, prześladowania zmieniły jedynie formę: mniej publicznych męczenników, więcej codziennego ucisku. Administracyjne zamykanie kościołów, presja wywierana na rodziny wierzących, utrudnienia w nauce i pracy, drobiazgowa kontrola życia religijnego. Romano Scalfi był tym, który wcześnie zrozumiał aktualizację tego samego planu. Zrozumiał, że największym zagrożeniem nie jest fizyczna eliminacja, ale kulturowy brak znaczenia. Odpowiedź nie była polityczna. Była kościelna. Tak powstała Russia Cristiana: nie propaganda, lecz słuchanie, tłumaczenie i rozpowszechnianie tekstów tu i tam, ekumeniczna przyjaźń. Nie po to, by „pomóc” prześladowanemu Kościołowi, lecz by się od niego uczyć.
Ksiądz Giussani był pasjonatą rosyjskiego prawosławia. Pasja ta, wolna od romantyzmu, zrodziła się i pogłębiała od czasów seminaryjnych. W październiku 1995 roku, odbierając Nagrodę Kultury Katolickiej w Bassano del Grappa, zrównał kulturę z ekumenizmem, pojmowanym jako współdzielone doświadczenie kulturowe: nie porozumienia instytucjonalne, lecz wspólny sposób patrzenia na rzeczywistość w świetle Chrystusa. Jedność nie rodzi się z łagodzenia różnic, lecz z wierności własnej tradycji, przeżywanej w pełni. Tylko ci, którzy są zakorzenieni, mogą spotykać się z innymi bez lęku. Z tego powodu Rosja nie była „polem misyjnym”, lecz niezbędnym rozmówcą. Jan Paweł II zapoczątkował porównanie do płuc, aby mówić o jednym Kościele Chrystusowym. Nie po to, aby się scalić. Aby oddychać.
Wielkim myślicielem i wielkim człowiekiem – jednocześnie filozofem, poetą i pisarzem – który wyprzedził tę świadomość, był Władimir Sołowjow. Nigdy nie oddzielał mistycyzmu od działania historycznego. Sobornost – żywa komunia ludu – łączyła kontemplację i odpowiedzialność, prawdę i historię. Jego żarliwe poparcie dla sprawy jedności między biskupem Rzymu a carem Wszechrosji prowadziło do nieporozumień, które ostatecznie rozwiązała śmierć. Inspirował ojca Mienia. W 1980 roku poświęcił mu cenny esej, opublikowany przez „Russia Cristiana”. Dostrzegł w nim skrzyżowanie przeżywanej wiary z konkretną historią, teologią i życiem. Jak intuicyjnie wyczuł już w 1948 roku ksiądz Giussani, uznając to za decydujące potwierdzenie: Kościół jako Mistyczne Ciało jest już nową formą człowieczeństwa funkcjonującą w historii (zob. wywiad Maurizio Vitaliego, opublikowany w „La Nuova Europa” w marcu 1992 roku).
W grudniu 1990 roku wróciłem do Moskwy z powodu „Il Sabato”. Unikając wewnętrznych służb bezpieczeństwa, dotarłem na miejsce, gdzie niecałe trzy miesiące wcześniej, 9 września 1990 roku, został zamordowany ojciec Mień, w niedzielny poranek, gdy szedł z domu na dworzec kolejowy, aby pociągiem podmiejskim dotrzeć do swojego ulubionego miejsca przepowiadania, swojej małej parafii. Został uderzony łopatą albo siekierą. Mimo tego przeszedł 500 metrów, chciał wsiąść do pociągu, odprawić mszę św. Koniec. Szedł leśną ścieżką. Wszystko normalne, proste. Nie do zniesienia było to, że tak wielki intelektualista, światły jak mało kto, mógł żyć dla Kogoś Innego, z radością, do tego stopnia, że nie szukał schronienia za granicą, by uniknąć spodziewanego męczeństwa. Śledczy nie odkryli – lub nie chcieli odkryć – kto go zabił. Jego śmierć mówi jednak o wieczności, tak jak czyny męczenników w całej historii.
W pismach i świadectwach zebranych po jego śmierci bez patosu wyłania się dziedzictwo: Chrystus jest wszystkim. Wszystko inne jest narzędziem. Mień zalecał, by nie sztywnieć w strukturach, nie przekształcać wiary w ideologię, nie używać Kościoła jako schronienia dla tożsamości. Pozostać otwartym, wiernym, wolnym, gotowym stracić wszystko, byle nie stracić tego, co istotne. To jest to samo podejście, którego strzegł Scalfi. To metoda wskazana przez Giussaniego: nowe serce przed nowymi strukturami. Giovanna Parravicini, Marta i Adriano Dell’Asta oraz Pigi Colognesi na nowo ożywili i nadal rozpowszechniają życie i dzieła ojca Mienia, człowieka pochodzenia żydowskiego, ochrzczonego wraz z matką, która nakreśliła mu na czole znak krzyża tuż po urodzeniu.
CZYTAJ TAKŻE: Kard. Parolin: wojny prewencyjne grożą podpaleniem świata
Dziś kontekst jest inny. Jeszcze bardziej tragiczny. Wojny, nacjonalizm religijny, instrumentalizacja wiary. Jednak zadanie pozostaje takie samo: rozpoznać i uznać chrześcijaństwo, gdy się wydarza, stać się misjonarzami Wydarzenia. Zobaczyłem to tego listopadowego wieczoru w Mediolanie, przy kolacji, a potem na konferencji. I nadal myślę, że tam, w tym człowieku, który mówił o Chrystusie bez lęku i bez ideologii, było wskazanie dla naszych czasów, aktualne w każdej epoce. Pilna potrzeba prawdy i miłości. Ostatni tekst ojca Aleksandra to donośne wezwanie; to nie pora na odpoczynek, trzeba być w gotowości, jak głosi Inno delle scolte di Assisi („Hymn wartownika z Asyżu”): „Teraz nadchodzi nowy wróg. Wróg wewnętrzny. Jego imię to nieodpowiedzialność i obojętność. Zbyt długo deptaliśmy prawdę, wiarę i miłosierdzie” (w: Romano Scalfi, La mia Russia, pod red. Giovanny Parravicini, La Casa di Matriona, 2017, s. 173). Trzeba pozwolić się odrodzić przez spotkanie. To przydarzyło się ojcu Mieniowi (i nam).#Ślady