© Nikoloz Gachechiladze/Unsplash

Runęła utopia świata bez potrzebujących

Także na Zachodzie trudności gospodarcze i społeczne ponownie stały się powszechnym zagrożeniem. Aby temu zaradzić, państwowa opieka społeczna musi znaleźć nowe formy (ze styczniowych „Tracce”)
Luca Pesenti*

*Profesor socjologii na Katolickim Uniwersytecie Sacro Cuore i dyrektor Obserwatorium Ubóstwa Zdrowotnego Fundacji Banco Farmaceutico

Do niedawna ubóstwo w Europie zdawało się być jedynie wspomnieniem z XIX-wiecznych powieści, pośród mglistych ulic i przerażających londyńskich przytułków, gdzie mały Oliver Twist błagał o „some more – coś więcej”: nie tylko o jedzenie, ale też o uznanie i godność. Przez dekady myśleliśmy, że ta era dobiega końca: na początku lat 80. skrajne ubóstwo (oznaczające osoby żyjące za mniej niż 1,90 dolara dziennie, obecnie zaktualizowane przez Bank Światowy do 3 dolarów) dotyczyło 43,6% światowej populacji, podczas gdy dziś odsetek ten spadł do około 10%. To wielki sukces globalizacji, nawet jeśli 800 milionów ludzi wciąż potrzebuje wszystkiego: skandal moralny przed skandalem ekonomicznym. Wielu, zbyt wielu, mimo że drastycznie zredukowanych, z wszechobecną nadzieją, że ich także obejmie część dobrobytu generowanego na planecie. Jednak po 2015 roku krzywa się wypłaszczyła i wydaje się, że znaleźliśmy się w długim impasie. A cel ONZ osiągnięcia poziomu 3% do 2030 roku stał się utopią.

W Europie coraz bardziej powszechne świadczenia społeczne stworzyły wrażenie, że mogą doprowadzić do zakończenia rozgrywki „od kołyski po grób”. We Włoszech, gdzie pierwsze szacunki ISTAT dotyczące ubóstwa absolutnego (2005) wskazywały, że 3,3% populacji nie jest w stanie uzyskać minimum niezbędnego do godnego życia, obecnie wskaźnik ten od trzech lat ustabilizował się na poziomie powyżej 8%. 5,4 miliona ludzi zmaga się z zapewnieniem zdrowej i zbilansowanej diety, ogranicza konsumpcję, a nawet oszczędza na najbardziej podstawowym dobru, jakim jest zdrowie. Według niedawnego Raportu na temat ubóstwa w opiece zdrowotnej, opublikowanego przez Fundację Banco Farmaceutico, osoby ubogie wydają na opiekę zdrowotną jedną szóstą tego, co wydają osoby wolne od ubóstwa, a w konsekwencji jedna czwarta osób doświadczających trudności finansowych rezygnuje z badań kontrolnych i wizyt u specjalistów.

Krótko mówiąc, ludzkość wyobrażała sobie, że może urzeczywistnić utopijną wizję świata bez biednych ludzi dzięki zdolności do dystrybucji zasobów i możliwości generowanych przez świadczenia społeczne (do lat 80. XX wieku), a następnie przez globalizację. Jednak ostatecznie w obu przypadkach była to iluzja. W ostatnich dekadach ubóstwo powróciło w mniej widocznych, ale nie mniej dotkliwych formach, wkradając się w codzienne życie, w kruchość pracy, w rodziny, które odkrywają swoją bezbronność. Ten nieoczekiwany powrót obnażył unikatowy europejski paradoks: podczas gdy dawne scenariusze ubóstwa wydawały się ograniczać do literatury, nowe zagrożenia społeczne zaczęły dotykać nawet tych, którzy uważali się za bezpiecznych. I tak ubóstwo dziś nie przemawia już z wiktoriańskim akcentem, lecz językiem współczesnej prekarności.
Ten nieoczekiwany powrót ubóstwa podważa całą wizję europejskiego paktu społecznego. Ubóstwo nie jest już reliktem po tych, którzy pozostali w tyle, ale nowym ryzykiem wynikającym z niezdolności polityk publicznych do naprawy błędów gospodarki. Ryzykiem, które może objąć całą klasę średnią i ujawnić, jak bardzo nasze społeczeństwa są narażone na długofalowe przemiany gospodarcze i demograficzne.

© Alessia Giuliani/Catholic Press Photo

W języku polityki społecznej mówienie o „nowych zagrożeniach społecznych” oznacza uznanie, że pewne formy kruchości nie są jedynie dziedzictwem przeszłości, lecz produktem niedawnych przemian strukturalnych. Ubóstwo należy do tej kategorii nie dlatego, że pojawiło się na nowo (zmniejszyło się, ale nigdy całkowicie nie zniknęło z naszych miast), ale dlatego, że przybiera konfiguracje, których uniwersalistyczny system opieki społecznej epoki powojennej nie jest w stanie rozwiązać. I jest zepsutym owocem obecnie zastopowanego modelu ekonomicznego, który w Europie (podobnie jak na całym Zachodzie) podzielił społeczeństwo na zwycięzców i przegranych globalizacji (jak trafnie ujął to ekonomista Branko Milanović).

Aby zrozumieć tę kwestię, warto przypomnieć sobie, jak działał system opieki społecznej tzw. „kompromisu fordowskiego”: opierał się on na solidnym założeniu, a mianowicie na istnieniu zatrudnionego na stałe pracownika płci męskiej, który zapewniał ochronę całej rodzinie.
Opieka zdrowotna, edukacja i zabezpieczenie społeczne były powszechnymi świadczeniami, regulowanymi i zapewnianymi przez państwa, ale wiele praw ekonomicznych było powiązanych z pełnoetatowym zatrudnieniem. Dopóki gospodarka rozwijała się, pełne zatrudnienie mężczyzn było realne, a ubóstwo mogło wydawać się swego rodzaju marginalnym reliktem.
W ciągu ostatnich czterdziestu lat system ten załamał się w co najmniej trzech punktach. Po pierwsze, wraz z utorowaniem drogi dla zatrudnienia kobiet i koniecznością posiadania dwóch źródeł dochodu przez rodziny, rynek pracy stał się bardziej rozdrobniony. Umowy tymczasowe, przymusowa praca w niepełnym wymiarze godzin, niepewne samozatrudnienie i stagnacja płac zaczęły podważać ochronną funkcję zatrudnienia. Istnienie tzw. working poor – pracujących biednych (osób, które doświadczają ubóstwa, mimo że pracują) jest precyzyjnym dowodem na to, że zasada ‘zatrudnienie równa się bezpieczeństwo’ już nie obowiązuje.
Po drugie, nowe cykle życia rodzą nieoczekiwane zagrożenia. Rośnie liczba rodzin niepełnych, a zwłaszcza osób samotnych, łączenie pracy z opieką staje się bardziej skomplikowane, a starzenie się społeczeństwa stwarza bezprecedensowe wyzwania. System opieki społecznej tzw. „trzydziestu chwalebnych [lat]” (1945–1975) nie został zaprojektowany z myślą o wspieraniu tych trajektorii, dlatego obecnie jest mniej skuteczny w ograniczaniu nierówności.

Po trzecie, ochrona społeczna okazała się krucha w obliczu powtarzających się kryzysów, z których ostatnimi były kryzys finansowy (2008), pandemiczny (2020) i energetyczny (2022). Każdy wstrząs redystrybuuje ryzyko, a tradycyjnie chronione grupy mogą nagle popaść w niepewność. W ten sposób znajdujemy się w obliczu ubóstwa mniej związanego z całkowitym wykluczeniem, a bardziej z niepewnością, zmiennością dochodów i powtarzającymi się zmianami pracy w ciągu całego życia.

Krótko mówiąc, poczucie możliwości wyeliminowania ubóstwa należało do okresu, w którym wzrost gospodarczy, stabilne zatrudnienie i powszechna opieka społeczna działały jak tama. Tama (jeszcze) nie runęła, ale zaczęły pojawiać się na niej niepokojące pęknięcia („pęknięcia uniwersalizmu”, jak wraz z Giancarlo Rovatim zatytułowaliśmy książkę poświęconą ubóstwu w opiece zdrowotnej i zdolności do reagowania organizacji trzeciego sektora, obsługiwanych przez Banco Farmaceutico).

CZYTAJ TAKŻE: „Pokora prawdy i odwaga przebaczenia”

Ponowne zastanowienie się nad ochroną przed ubóstwem oznacza dziś właśnie uznanie, że podatność na zagrożenia nie jest już przeszkodą, lecz potencjalnym stanem współczesnego życia. Od logiki reliktów przechodzimy do logiki powszechnego ryzyka i to właśnie na tym gruncie będzie rozgrywać się kolejna generacja interwencji w modele ekonomiczne, politykę społeczną i wzmacnianie społeczeństwa jako całości. A wrażliwość nauki społecznej Kościoła, uważnej na osobę, a nie na kategorie, zachęca nas, abyśmy nie zapominali, że za każdą krzywą statystyczną kryje się człowiek, który, jak Oliver Twist, prosi o coś więcej niż o pomoc materialną.
Krótko mówiąc, problem nie jest wyłącznie ekonomiczny: dotyczy samej idei wspólnoty, jaką chcemy być w XXI wieku. Interwencja państwowych systemów opieki społecznej z pewnością nie wystarczy, podobnie jak coraz trudniej będzie powoływać się na tradycyjne, faktyczne delegowanie zadań na organizacje trzeciego sektora, które stanowią (zwłaszcza we Włoszech) trzon reakcji na te problemy. Zamiast tego potrzebne będą nowe i bezprecedensowe sojusze między władzami publicznymi a prywatnymi instytucjami społecznymi. Z pewnością więcej firm, ale „razem” z państwem, aby przezwyciężyć historyczne i być może obecnie anachroniczne różnice.